W stajni przy deszczowym lipcu zrobił się totalny koszmar. Nie ma jednego względnie suchego miejsca, na którym można by cokolwiek poćwiczyć. Tak więc stwierdziłyśmy, że nie będziemy koni i siebie dręczyć tupaniem w te i z powrotem po tym paskudztwie, tylko myjemy nogi, wyczesujemy resztę i tupiemy w teren... program na razie odwieszony na haczyk, od maja zero progresu. Byle do nowej stajni... i byle siodło przyszło :>
A na razie krótkie wrażenia z terenu:
Campinie las zdecydowanie się podoba. Kiedy tylko weszłyśmy między drzewa, ustawiła uszka do przodu i zaczęła zasuwać równym, energicznym, ale jednocześnie rozluźnionym stępem. Parskała. Naprawdę miło było to obserwować. :) Może i pod siodłem będzie lubiła tereny? :) Nawet wiatr szumiący straszliwie w gałęziach nie był straszny. Pastwisko w środku lasu przez dwa lata zrobiło swoje :]
Za to krowy były fascynujące. Konia mi wryło w miejscu. Gapiła się na nie tak, że chyba miała później zakwasy w uszach, i prychała. Ale widać, że to raczej zaciekawienie niż strach, bo szybko zakaceptowała obecność dziwnych, biało-czarnych stworów (które równie ciekawie gapiły się na nią) i całkowicie wyluzowała.
Otwarta przestrzeń ogromnych łąk też jest fascynująca. Samochodzik, albo co dziwniejsze -- konik, zasuwający jako maleńka figurka na horyzoncie, to widok jej (konikowi leśnemu) właściwie nieznany. Potrafi się takiemu dziwowi przyglądać pięć minut... Dobrze, że oswaja się i z przestrzenią...
1 komentarz:
Siodlo przyszlo:)
M
Prześlij komentarz