To mój ostatni OBOP – parę dni temu wybrałam się z panem koniem w teren. Mocno pouczający:) Dla niewtajemniczonych – Menio to koń terenowy, mało co go zwykle rusza. Zwykle, ale tym razem było dokładnie odwrotnie Najpierw znienacka przejechał nam po zadzie traktor z rozklekotana przyczepą, co według konia było wielkim zagrożeniem dla naszego życia, następnie krowy pasły się nie tam, gdzie zdaniem M powinny, potem okazało się, że rolnik skosił łąkę (w sumie sianokosy są), co wywołało niepohamowany strach w moim końskim autystycznym dziecku a później to już wszędzie były duchy, wilki i niedźwiedzie. Zupełnie, jakbym z padoku wzięła innego konia. Wracałam sobie z tej mocno niefajnej wycieczki i próbowałam sobie wytłumaczyć przyczyny – że na burze się zbierało, że muchy rozeźlone jakieś, że ten traktor przerażający, że dawno u konia nie byłam. Dopiero po całej litanii uświadomiłam sobie swój błąd. Ani przy traktorze, ani przy krowach, ani niestety przy łące nie dałam mu tyle czasu, ile akurat dzisiaj potrzebował – mówiłam – to tylko traktor, przecież znasz, krowy też widziałeś tysiąc razy, jesteś dzielny koń, a jak chcesz żreć siano, to musisz się pogodzić z tym, że trzeba je kiedyś skosić i prosiłam o ruch dalej. Efekt był taki, ze straszne stawały się rzeczy dotąd niestraszne.
Kiedy już mnie olśniło, i postaliśmy i pogapiliśmy się więcej niż by wypadało na rolnika na rozklekotanym rowerze, potem długo poanalizowaliśmy amplitudę ruchu i odchylenie od standardu fruwających na wietrze wstążek przy kapliczce, i wszystko wróciło do normy. Cóż nie dość, że ze mnie blondynka, to jeszcze w gorącej wodzie kompana…
A tak przy okazji – wreszcie mam zdjęcia z wyklikanych całusów
I na dokładkę Rita – strasznie się zmieniła odkąd jest z nami
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz