Mróz, śnieg,
a ja w sobotę wybrałam się w teren w odzieżowej wersji "jesień".
Zwyczajna kurtka, zwyczajne bryczesy, zwyczajne skarpetki ... Zimno było. Zimno
było jak już wsiadałam na konia. Potem było jeszcze zimniej. Zimno dopóki nie ruszyliśmy
szybciej. Wtedy zrobiło się tak ciepło, że rozgrzałam się „od stóp do głów”, w
dosłownym znaczeniu tego powiedzonka.
Bilans
strachów Duszkowych:
- strachy-daję-nura-w-bok: dwa. Pierwszy strachopotwór: zając; drugi strachopotwór: obiekt niezindentyfikowany kiepskimi ludzkimi zmysłami.
- strachy-stoję-i-myślę: dwa. Rachityczna gałązka leżąca w poprzek zaśnieżonej ścieżki; te same co poprzednio zabudowania nagle pojawiające się za wzniesieniem.
W niedzielę po
doświadczeniach dnia poprzedniego zajechałam do stajni w wersji odzieżowej Z1,
tzn. odzież zimowa etapu pierwszego. Czyli ciepła kurtka (ale jeszcze nie
najcieplejsza), długie galoty pod bryczesy (bryczesy jeszcze całoroczne, nie
zimowe softshelle), dwie pary skarpet, termobuty wersja Z1. I wzięłam Truskawkę
na spacer po polu nad jeziorem. Wytrzymałam dokładnie piętnaście minut. Nie,
nie dlatego, że Truskawka była mało jezdna czy zdenerwowana. Wręcz przeciwnie,
była bardzo rozluźniona i bardzo pozytywnie nastawiona do otoczenia i do
balastu na swoim grzbiecie, czyli do mojej osoby. Ale zimno było. Tak zimno, że
palce u stóp aż bolały. Nie było możliwości ogrzania się sprawdzoną metodą kłus-galop. Tylko stępowałyśmy, bo to było wszystko, na co stan gleby pozwalał.
Zima to nie
pora na stępa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz