Podczas wakacji
miałam lekcje z Marią Iwanowską. Pani Maria powiedziała, że powinnam nauczyć
się lepiej panować nad swoim ciałem i zaleciła zajęcia z techniki Alexandra
albo yogę.
Instruktorów techniki Aleksandra jest w Polsce niewielu, więc wystartowałam
z yogą. Wystartowałam i od razu wyhamowałam, bo nie podobało mi się. Prowadzący był jakiś rozlazły (może
instruktor yogi powinien taki być?), poza tym w polecanym ośrodku organizacja była dla mnie nie do przyjęcia. Opłacając miesiąc zajęć można przychodzić dowoloną ilośc
razy. Na pierwszy rzut oka super deal, ale tylko dla osób niepracujących. Zajęcia są na różnym poziomie. Ten sam poziom
(w moim przypadku początkujący) odbywa się w różnych godzinach. W efekcie bym
mogła chodzić dwa razy w tygodniu. Dwa razy
w tygodniu dawało cenę jednostkową bardzo wysoką. W dodatku komfort zajęć jest odwrotnie
proporcjonalny do tej wysokiej ceny, bo przychodzi na nie tłum – firma ta nie wprowadza ograniczeń ilościowych, a zajęcia popołudniowe zawsze są bardziej
oblegane.
Yoga poszła w
odstawkę. Zamiast tego postanowiłam wypróbować pilates. Dlaczego pilates? Po pierwsze ma elementy zalecanej yogi. Po drugie te zajęcia „mam pod ręką” – organizowane
są w pracy i tu się odbywają.
Dziś byłam na
pierwszych zajęciach. Nie było łatwo, ale
podobało mi się, a nawet dokonałam jednego ciekawego odkrycia na temat własnego
ciała. Na razie mam szczery zamiar
kontynuować. Dla koni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz