11 gru 2012

Czego nie robi się dla konia


Podczas wakacji miałam lekcje z Marią Iwanowską. Pani Maria powiedziała, że powinnam nauczyć się lepiej panować nad swoim ciałem i zaleciła zajęcia z techniki Alexandra albo yogę.

Instruktorów techniki Aleksandra jest w Polsce niewielu, więc wystartowałam z yogą. Wystartowałam i od razu wyhamowałam, bo nie podobało mi się. Prowadzący był jakiś rozlazły (może instruktor yogi powinien taki być?), poza tym w polecanym ośrodku organizacja była dla mnie nie do przyjęcia. Opłacając miesiąc zajęć można przychodzić dowoloną ilośc razy. Na pierwszy rzut oka super deal, ale tylko dla osób niepracujących. Zajęcia są na różnym poziomie. Ten sam poziom (w moim przypadku początkujący) odbywa się w różnych godzinach. W efekcie bym mogła chodzić dwa razy w tygodniu. Dwa razy w tygodniu dawało cenę jednostkową bardzo wysoką. W dodatku komfort zajęć jest odwrotnie proporcjonalny do tej wysokiej ceny, bo przychodzi na nie tłum – firma ta nie wprowadza ograniczeń ilościowych, a zajęcia popołudniowe zawsze są bardziej oblegane.

Yoga poszła w odstawkę. Zamiast tego postanowiłam wypróbować pilates. Dlaczego pilates?  Po pierwsze ma elementy zalecanej yogi. Po drugie te zajęcia „mam pod ręką” – organizowane są w pracy i tu się odbywają.

Dziś byłam na pierwszych zajęciach. Nie było łatwo, ale podobało mi się, a nawet dokonałam jednego ciekawego odkrycia na temat własnego ciała. Na razie mam szczery zamiar kontynuować. Dla koni.

Brak komentarzy: