...czyli PNH weterynaryjne.
Wczoraj przyjechał weterynarz. Campina nie pozwoliła zrobić sobie zastrzyków diagnostycznych - po poprzedniej sesji, na której była nerwówka, mnóstwo szarpania i nic a nic nie było lepiej - a ostatni zastrzyk dostała na dutce - tym razem miała nastawienie ,,oooo nie!''. Wyrywała się zdecydowanie, walczyła o życie po prostu. Pan doktor uznał, że nie będziemy stosować Pata Parellego i założył zwierzęciu dutkę. Która, zgodnie z moimi przewidywaniami, nic nie dała. W efekcie koń fiknął parę razy z igłą w nodze i pięć precyzyjnych zastrzyków było absolutnie nie do wykonania.
Odbyła się krótka acz intensywna dyskusja z przemiłym panem doktorem, który imputował, że wszystkie konie prowadzone PNH są nie do zniesienia i nic się z nimi nie da zrobić - oraz że najlepiej koniowi robi danie mu solidnie w dupę. Powiedziałam mu, z całym szacunkiem, co o tym sądzę - znam tego konia, jeżeli nie zadziałało na nią ostre cofanie poprzednim razem, to spranie tyłka mogłoby tylko pogorszyć sytuację. To nie była kwestia fochów, tylko strachu. Zresztą nie tylko po tej poszlace było to widać - również po tym, że nie działała dutka, po tym, że naprawdę wkładała masę siły i przekonania w protest, czego nigdy nie robi. Po tym, że po pierwszych zastrzykach tydzień temu była bardzo zestresowana, co objawiało się wycieraniem o mnie ryjka i serią potężnych ziewnięć. Tak, trochę już znam tego konia, panie doktorze.
Pan doktor powiedział, że Pat Parelli nic tu nie pomoże.
A ja podniosłam rękawicę.
Spytałam, czy jeśli przez ten tydzień stopień kulawizny się nie zmienił, to koń może wychodzić na mały padoczek jeszcze przez tydzień - dwa, a ja ją przygotuję. Pan doktor nie wierzy. Ale obiecał zwrócić honor - mnie i Patowi Parellemu, jeśli się uda.
Plan: tydzień, albo dwa, codziennie w stajni wieczorem i kolejne friendly z nogą:
- długie trzymanie w górze bez wyrywania (tak, po tych zastrzykach nawet z tym był problem!!)
- głaskanie podniesionej nogi - noga jest luźna i wcale się nie rusza (do tego etapu doszłyśmy wczoraj w ciągu godziny - było mnóstwo żucia, ziewania i stania z półprzymkniętymi oczami)
- ugniatanie i intensywne smyranie uniesionej nogi, reszta j.w. (to zrobiłam z drugą, zdrową nogą - bo tę może mieć obolałą po kłuciu, założyłam tylko opatrunek z rivanolem i dałam spokój)
- branie skóry między palce i ciągnięcie za włosy (już to było problemem na pierwszej sesji - wtedy powinnam była powiedzieć ,,STOP, ten koń NIE jest na to gotowy!!'')
- uciskanie paznokciem skóry w rejonach, które mają być znieczulane (dostałam "mapę")
- kłucie wykałaczką - chcemy dojść do długotrwałego wytrzymywania ukłucia i przytrzymania "wbitej" wykałaczki
Po takim przygotowaniu, cienka igła do zastrzyków podskórnych to powinien być pikuś.
Jest jeszcze problem po drugiej stronie strzykawki. Będę musiała Panu Problemowi powiedzieć, żeby głaskał pacjentkę tak długo, aż ta mu zaufa i przestanie się kręcić, bo wczoraj wystarczyło, że zatrzymał się przy niej przechodząc, i już z trybu "Stoję. Pozwalam człowiekowi głaskać się po nodze." zrobił się tryb "RuszamSięDużoIChaotycznie!!". Jeśli pan doktor posłucha, to te 5 do 10 minut inwestycji oszczędzi nam pół godziny szarpania i stresu dla wszystkich.
Na przyszły tydzień mam w planie również odrobaczenie naszych trzech futer "systemem amerykańskim" - fenbendazol, 5 dni z rzędu, podwójna dawka. Pierwsza dawka w następny piątek wieczorem i chyba będę spać w stajni, żeby się nie stresować, że któryś zakolkuje (ze wskazaniem na Brytanię)...
2 komentarze:
U nas też akceptacja zastrzyków się popsuła przez kilkakrtne zastrzyki "z zaskoczenia". Ponieważ już raczej wielu kontaktów z "zaskoczeniowcem" mieć nie będziemy, zaczynam pracę nad ponownym oswajaniem.
Trzymam kciuki za malutką.
Kasiu, to nie PNH'owe, ale u mnie się sprawdziło w podobnej sytuacji - tzn. miałam dwa dni na przekonanie konia, żeby stał przy pielęgnowaniu rozległego obtarcia na tylnej pęcinie + dał to sobie obandażować. W wersji "na przymus" zastosowanej za pierwszym razem było, hm, trochę nie teges. Strach + energiczna obrona.
Zrobiłam coś podobnego do "bar zamknięty - bar otwarty" psich nauczycieli pozytywnych. (Teo jest żarty i miał "włączony kliker" - to na pewno przyśpieszyło sprawę, ale i bez tego pewnie coś byśmy zdziałali.)
Mój jedyny warunek brzmiał: 4 nogi mają być na ziemi. Jak były, wydawałam papu (owiesek, bo podzielny na maleńkie porcyjki). Jak któraś noga wędrowała w górę, bar przestawał wydzielać jedzenie. Stopniowanie wymagań to tak normalnie, jak we friendly. Sprawdziło nam się to. Przy wetce też zaczęłam od bar zamknięty - bar otwarty, potraktowałam ją jako kolejny element układanki.
Tak pod rozwagę podrzucam, może w sytuacji awaryjnej pomoże.
Prześlij komentarz