8 maj 2009

Przed kursem, na kursie, po kursie

_________
Załadunek Duszka do przyczepy był smutny. Zaczęło się dobrze, na pokazanie kierunku wszedł i zaraz wyszedł, na co mu pozwoliłam zgodnie z naukami Berniego. Powtórzyliśmy to jeszcze kilka razy. A potem stajenny wypuścił konie na padoki i to był koniec wysiłku Duszka. Odmówił wchodzenia dalej niż przednimi nogami na trap. W końcu samochód podjechał do wyjścia ze stajni, droga na boki została ograniczona lonżą i tak Duszek wszedł. W sumie ładowanie zajęło nam ok. 40 minut i zostawiło we mnie głęboki niesmak.

Pierwszego dnia po zajęciach miałam przebłysk geniuszu. Czekałam, aż Sylwia skończy lekcję z Bernim i zwolni ujeżdżalnię, na której stała przyczepa. Miałam zamiar ćwiczyć wchodzenie. No i wtedy pojawił się ten błysk: powierzyć to zadanie Berniemu! Berni zgodził się. W sumie pracował z Duszkiem 5 godzin, przed zajęciami i po zajęciach. Obserwując ich wiele się nauczyłam, a jednocześnie przekonałam się, że sama nigdy bym tego nie dokonała (no, może w pół roku). Duszek wchodził bez oporów i stał spokojnie czekając na sygnał, że może wyjść.

Efektem tego była moja trauma dnia ostatniego. W pewnym sensie wzięła się też z formy zajęć w tym dniu. Każda para kolejno robiła CG, reszta obserwowała, potem była krótka rozmowa co się podobało i co mogło być lepiej, Berni dawał wskazówki i para robiła sesję poprawkową. W związku z tym zaangażowanie moje nie było zbyt wielkie, przez co umysł i wyobraźnia znalazly sobie temat poboczny. Była nim wizja powrotu via Truskawka. Po kursie mieliśmy po drodze zabrać Truskawkę i pojechać do nowej stajni. Wizja moja wyglądała tak, że próbuję ją załadować, ona nie chce wejść, walczymy, a w przyczepie Duszek coraz bardziej się denerwuje, wszystko, co Berni osiągnął, idzie na marne, w Duszku rośnie uraz do przyczepy. Im więcej o tym myśłałam, tym bardziej się nakręcałam, po lunchu nie byłam już w stanie zebrać myśli. Zajęcia odpuściłam, Duszek poszedł paść się na padok, a ja pasłam się Validolem Ani Asumptowej. Po spożyciu połowy opakowania wpadłam z kolei w stan otępienia. Jednym słowem masakra.

Przygotowany przez Berniego Duszek załadował się bez problemu. Dojechaliśmy do Truskawki, lunęło, ona na padoku. Zanim ją ściagnęłam, przemoczona byłam kompletnie. Może to i lepiej, bo trochę mnie to otrzeźwiło. No i okazało się, że z końmi nie należy robić żadnych założeń, w żadną stronę. No assumptions. Zagrała dobra strona "czarno-mamboizmu". Truskawka spojrzała i z wyniosłą miną księżniczki po prostu weszła. I pojechaliśmy do nowej stajni. Nowa stajnia to temat na osobną notkę.

A poza tym kurs był naprawdę bardzo, bardzo pouczający. Przekonałam się, że mogę z Duszkiem rozmawiać bardzo niskimi fazami i on mnie rozumie. Nie muszę krzyczeć ani wrzeszczeć. Mogę mówić, a czasami nawet szeptać. Poprawiliśmy chody boczne z ziemi i z siodła. Mam wytyczne i wiele uwag na temat Dusiaczka. Mamy co robić do następnego kursu. Ale na ten kurs pojadę pod jednym warunkiem: że do tego czasu będę miała możliwość przekonać się, że Duszek nadal akceptuje przyczepę. Jeśli tego nie zrobię, nigdzie nie będziemy jeździć. Nie będę ryzykować, że znowu narażę go na taki stres.

Przy okazji chciałam wygłosić hymn pochwalno-dziękczynny: Kasiu i święty Mikołaju, który dałeś Kasi przyczepę. Bez Was te lekcje by nie były możliwe. Dziękuję w imieniu Dusiaczka.

Brak komentarzy: