Każdy z nas pracuje z końmi. Każdy z nas ma coś wspólnego z PNH - niektórzy idą ściśle z programem, inni łączą naturals z najlepszymi elementami szkoły tradycyjnej, niemniej wszyscy uznają, że Pat Parelli wymyślił coś niezwykłego, co otworzyło nam drogę do współpracy z koniem na zupełnie nowym poziomie. Jeśli pracujesz z koniem metodą Pata Parellego i chcesz zostać współtwórcą tego bloga, napisz krótki e-mail w tej sprawie na adres dorota.konowrocka@gazeta.pl
10 sty 2009
O kopytach - PNHowo
Dzisiaj sesja bardzo krótka. Pojechałam do stajni z mocną determinacją wytłumaczenia koleżance Brytanii, że obowiązkiem konia jest trzymanie dowolnej nogi w górze, kiedy człowiek o to grzecznie prosi, tak długo, jak to konieczne. Podkład w temacie "zrozumienie" wypracowałyśmy sobie piękny, przez ostatnie 2, może 3 miesiące. Przy każdej okazji prosiłam grzecznie o kopytko, najpierw nagradzałam odciążenie, potem spokojne uniesienie, wreszcie zaczęłam kopyto brać w rękę i głaskać nogę. Nie było problemu - a potem problem wrócił, zwierzątko zaczęło nogi zabierać.
Przemyślałam sytuacje i stwierdziłam, że wchodzimy w temat braku szacunku - bo zrozumienie już jest, sygnał wyraźnie znany.
Strategia: Wziąć konia na lonżownik (akurat było niezłe podłoże), puścić tamże luzem, poprosić o nogę. Wyrwanie nogi? Człowiek podnosi energię i przegania konia kłusem. Zaproszenie, koń wraca, staje na środku, prosimy o nogę i męczymy ją... i tak po kolei z każdą z czterech kończyn. Sprzętu kowalskiego nie zabrałam na lonżownik, ale miałam kopystkę, więc w ramach męczenia skrobałyśmy kąty wsporowe - okazało się, że można jeszcze odrobinę zjechać z piętkami do tyłu.
Efekt: Zabrała nogi może ze 3, 4 razy, później przeżuła i spokojnie pozwoliła się "wymęczyć". Po takim wstępnym przygotowaniu wzięłam ją pod stajnię na twarde podłoże, gdzie dokonałyśmy kilku przypiłowań i przycięć tu i ówdzie - stała jak aniołek, z jednym małym wyjątkiem, kiedy coś ją zaniepokoiło na chwilę. Tak, zadnie nogi też zrobiłam sama :)
Podejrzewam, że jeszcze od czasu do czasu trzeba będzie taką sesję powtórzyć, ale cieszę się, że skutkuje. Nie biegała dużo, za każdym razem po pół kółka robiła, wystarczyło.
Oczywiście nieuniknione wreszcie się stało - zajrzałam pod podwozie Wiedźminowi, zaniepokojona wrażeniem siostrzyczki, że ściany wsporowe za długie. No fakt, za długie i to mocno. Piętki też za długie w stosunku do podeszwy. Ale po spiłowaniu - są praktycznie na zerze, bardzo niziutkie, niesamowite, że on takie ma. Jeszcze się muszę nauczyć czytania jego kopyta, rudej i Bryśki już gadają całkiem zrozumiale...
W ten właśnie sposób Wiedźmin dołączył do koni werkownanych przeze mnie, na razie do połowy (dzisiaj przody), jutro robię tyły i zobaczymy, co u Campiny do skrobania... No cóż, kowal na pełen etat. Nie spodziewam się, że zostanie czas na zabawy...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz