23 sty 2009

Kolka Brytanii i odjazd Campiny...


...czyli dlaczego boję się zastrzyków.

Chronologicznie - najpierw Campina. Krótko o tym, jak wyglądał ten zastrzyk, który miałam sama podać. Bardzo bezpieczna substancja (według trzech wetów, do których potem w panice dzwoniłam), piątek wieczór (co zupełnie tłumaczy, dlaczego wet prowadzący nie odbierał), dostała dzień wcześniej dożylnie i było zero reakcji (może poza wyszczerzeniem zębów na weterynarza, który wchodzi do boksu tylko po to, żeby dziabnąć). Na dożylny się nie czułam, domięśniowe "w dupsko" wcześniej im robiłam, no ale tym razem uslyszałam, że "dupsko jest pod ochroną" ze względu na mięśniochwat i podać mam w szyję. -Gdzie? -Tu. -OK...
Pierwsze podejście - strzykawa w ręce, po PNHowemu, czyli koń na luźnej linie i pokazuję, co mam. Na początek igła zakryta - dotykam szyi, nawet się nie odsunęła, ale usztywniła mięśnie. Pogłaskałam, dotknęłam jeszcze raz, zero reakcji. No to zdjęłam osłonkę, wbiłam igłę - lekko się odsunęła, przy samym zastrzyku minimalnie uginała szyję. Czyli - zaufanie 100%. Tym gorsze było to, co było później.
Zaczęła napierać na mnie łopatką, kręcić szyją, trzepać głową - puściłam ją z liny, zakręciła się po boksie, grzebnęła nogą parę razy, potem drugą i pac - składa się do leżenia. Moja adrenalina skoczyła gdzieś do 150% normy, jedną ręką ją głaszczę i próbuję uspokoić, drugą wybieram numer do weta - telefon wyłączony. Potem była seria panicznych telefonów, dostałam zdalne porady od znajomej wetki, a rude wyglądało, jakby miało zaraz sobie spokojnie odejść z tego świata. Położyła się, oparła paszczę o ziemię, ciężko dysząc i zamknęła oczy. Trwało to wszystko może z dziesięć minut, to było cholernie długie dziesięć minut - nie życzę takich nikomu z Was - czy to przy koniu, czy przy psie, czy dziecku, brrr... a już na pewno nie po własnej akcji, tak jak w moim przypadku. Straszne było to, że zaufała mi i bez problemu pozwoliła zrobić ten zastrzyk...
W końcu wstała, dalej trzepiąc głową, mnóstwo memłania i ziewania, potworny stres... w ciągu około pół godziny pozbierała się na tyle, że byłam w stanie na spokojnie ją oprowadzać po korytarzu stajni (za radą wetki). Jakieś półtorej godziny później zachowywała się normalnie.
Wniosek był taki, że pechowo musiałam trafić w jakiś nerw, czas reakcji był zbyt szybki, żeby mogła to być reakcja na sam lek - raczej na miejsce podania.
Dzień później poprosiłam o zastrzyk znajomą - też domięsniowy. Sama się bałam... Reakcja - senność, machanie głową, grzebanie - ale nie położyła się i od razu mogłam ją oprowadzać. Kolejny zastrzyk - uprosiłam wetkę z okolicy o dożylny. Jedno machnięcie głową. Za jej radą ostatniej dawki nie podałam...

Drugi horror ostatnich dni - Brytania już wychodziła z biegunki, antybiotyki fajnie podziałały. Dostaję wieczorem telefon - spocona, kładzie się, oprowadzana słania się na nogach, koszmarna biegunka. Rewelacja... oczywiście nasz wet znowu na wyjeździe. Telefonów do weterynarzy wykonałam chyba z 10, może 15, zanim udało mi się ubłagać jednego, żeby przyjechał. Jechał 1,5h, a w międzyczasie oprowadzaliśmy naszego smoka, przykrytego wieśkową derką i za małą derką Campiny, mierzyliśmy tętno (60 - dla niezorientowanych, normalne tętno u konia to 20-30 uderzeń na minutę). Wcale nie było łatwo znaleźć miejsce, w którym tętno będzie wyczuwalne - praktyki wet ciąg dalszy (a Wy potraficie wyczuć tętno sierściuchom? w jakim miejscu?).
Skracając - kroplówka, leki rozkurczowe i przeciwbólowe, do północy koń do nas "wrócił"... Weterynarza mam ochote ozłocić za tę akcję w środku nocy. Szkoda, że stacjonuje tak daleko, bo rozważałabym "zdradzenie" naszego... ma dla nas coraz rzadziej czas.

Także, jak widzicie, ciekawie było ostatnio. W tej chwili obie panny mają areszt boksowy i dietę samo-siano. Szczęśliwe nie są, ale wracają do siebie. W weekend powoli będę je wyprowadzać, na początek oczywiście w ręku i pod kontrolą. Tylko czemu takie lodowisko w okolicy...

4 komentarze:

Aga Wó. i Wojtek Wr. pisze...

Rany,Kasia...krew w żyłach mi zmroziło. Niech dziewczyny mają się co raz lepiej,mocno trzymamy kciuki.
Aga

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

Od kilku dni trawię przypadek Campiny, trawię i nie mogę się otrząsnąć. Czy któryś z wetów przynajmniej miał jakieś podejrzenia, co mogło się stać? Bo trafienie w nerw mnie nie przekonuje, skoro podobna reakcja wystąpiła przy kolejnych zastrzykach. Tak jakby coś na nią działało, na co się stopniowo uodparniała, bo kolejne reakcje były słabsze.

Przypomniało mi się, że niedawno Joanna od Falbany opisywała, jak Fiala schodziła po jakimś zastrzyku. Może to podobny przypadek?

Jedno wiem: gdyby kiedyś na mnie padło (oby nie), nie odważę się robić zastrzyku. Kiedyś robiłam psu podskórne, to była łatwizna i na tej łatwiźnie zakończyłam swoją karierę zastrzykową.

Swoją drogą to chyba niedługo będziesz mogła eksternistycznie weterynarię zaliczać. Zatrucie, grzybica, mięśniochwat, kolka, przypadek z zastrzykiem ...

dea i Campina pisze...

Co do podobnej reakcji przy kolejnych zastrzykach: wet mówił, że mogła się spodziewać, że się będzie źle czuła i reagować na wszelki wypadek. Reakcje były dużo słabsze, właściwie tylko machanie głową i zaniepokojenie.

Fiala miała typowy wstrząs. Gdyby Campi miała coś podobnego, nie miałabym już konia, bo nie było w okolicy nikogo, kto mógłby zadziałać lekami. Brrr.... :(

Sama nie wiem co o tym myśleć, w każdym razie więcej nie robię zastrzyków sama w stajni, wieczorem, bez weta na telefonie. Żadnych.

...i cały czas gorąco namawiam pewną zdolną i wypraktykowaną u nas w stajni dziewczynę na studia weterynaryjne - dobrze by było mieć znajomego weterynarza. Przy niej moja praktyka odpada ;)

Unknown pisze...

Boże, to faktycznie horror przeżyłaś. Dobrze, że wszystko się skończyło pozytywnie i dziewczyny dochodzą do zdrowia.