Tak, też czytałam post Klary i też zaczęłam nosić scyzoryk - mały, ale ostry - w kieszeni bryczesów. Właściwie obecnie termospodni noszonych z kalesonami i termobutami... Pogoda cały czas sprzyjająca, więc po dwóch tygodniach niejeżdżenia i przystosowywania się mentalnie do niskich temperatur powróciłam do terenowania. Czarny jakby też opanował jesienną chandrę i w ostatnim terenie zaprezentował postawę "nic mnie nie rusza i nawet jak się płoszę, to niespieeeeeesznie". Było do tego stopnia dobrze, że zdecydowałam się pogalopować ścieżkami "szybkiego ruchu", które zazwyczaj przebywam stępem lub kłusem: szerokimi i/lub prowadzącymi w kierunku domu. Szybko, ale pod kontrolą. Było cudownie.
Kilka tygodni temu przeżyłam inną cudowność. Wybrałam się w teren, gdy powoli zapadał już zmrok. Nie jestem nocnym markiem, nie mam tu doświadczeń, ale pomyślałam, że zawsze mogę zejść i wrócić piechotą. Czarny znów miał nastój wybitnie spolegliwy, kłusował równo, zmrok zapadał wokół nas coraz gęstszy, widziałam już tylko niebo wcinające się w ścieżkę, którą kłusowaliśmy. Po lewej ciemność między drzewami, po prawej ciemność między drzewami, nie wiadomo już, gdzie ciemność, a gdzie drzewa, na ścieżce pojawił się dywan z liści, więc pod kopytami również zrobiło się ciemno. Zagalopowałam, Czarny łagodnie poniósł mnie w ten czarny tunel. To był mój pierwszy raz o zmierzchu galopem i była w tym magia.
Kilka dni później, kiedy przywiązałam się już do myśli, że mam wymarzonego konia, Czarny zaprezentował w terenie totalną paranoję. Ja na ziemi - jestem spokojny, idę ze zwieszoną głową. Ja w siodło - panika, wytrzeszcz, wrastam w ziemię co pięć kroków, grzbiet spięty, uskoki, zrywy. Zsiadałam i wsiadałam nie wiem ile razy, straciłam rachubę. Nie pomagały żadne ćwiczenia i oswajania, już stęp był ekstremalnym przeżyciem, Czarny autentycznie bał się własnego cienia. Kiedy w panice uskoczył przed kałużą wielkości znaczka pocztowego, poddałam się i zsiadłam ostatecznie, do domu wróciliśmy piechotą.
Tak wsiąkłam w te tereny, że nie mogę sobie wyobrazić powrotu do jazdy pastwiskowej :) Gdybym nawet nie zawdzięczała Patowi nic innego, to jedno było warte wszystkiego: to, że można zawsze zejść i pójść obok konia jak obok psa. To jedno rozwiązanie otworzyło mi samotne terenowanie. Nie chce odchodzić od domu? Nie ma problemu, odejdziemy na smyczy bez wdawania się w awantury i wsiądę w lesie. Nieznany szlaban? Nie ma problemu, zsiądę i przejdziemy obok niego piechotą. Samochód grzybiarzy? To samo. Czuję się niepewnie? Wielkie mi rzeczy :) Zsiadam i pewność wraca. Z czasem zsiadania coraz mniej, a siodła coraz więcej, ale zawsze mam plan B, jakby coś mi nie wyszło. I oczywiście mam konia, który idzie obok grzecznie, nie włażąc na mnie i nie ciągnąc, synchronizując się ze mną i czekając na sygnały. Taka zwykła, prosta rzecz. Zsiadanie to żaden wstyd. Wsiadanie to żaden wysiłek. A jaka nagroda! :)
4 komentarze:
Odważna jesteś, tak jeździć po ciemku. Kiedyś sgubiłam się w lesie na rowerze i wracałam, jak było prawie ciemno. Bardzo mi było nieprzyjemnie.
Wciąz nie mogę się zmobilizować i wyciągnąc ubraniowy zestaw zimowy. Termobuty gdzieś spakowane, notorycznie zapominam włożyć dodatkową warstwę pod bryczesy. W efekcie od pasa w dół wciąż mam zestaw letni. Tyłek marźnie mi okrutnie.
Jakiej firmy masz te termobryczesy? Z lejami?
Nie, nie, nie mam termobryczesów, tylko termospodnie, takie coś, jak do snowboardu, kupiłam w lumpeksie za 20 zł mniej więcej, bo na wagę. Nie są idealne do jazdy, nie mają lejów, ale są ciepłe, wygodne, nieśliskie, tylko takie jakby nubukowe, dość luźne, więc dają swobodę ruchu, da się w nie włożyć kalesonki, były tanie, więc nie żal mi ich, i są wygodne. W komplecie z termobutami, które są już termobutami jeździeckimi, ze wzmocnieniami od środka łydki, dają bardzo komfortowe odczucia w czasie jazdy w niskich temperaturach. Trochę mi na dłuższą metę wbijają się w hm... intymności, ale do dwóch godzin w siodle to nie ma większego znaczenia, a więcej raczej nie spędzam. Ot, czasem muszę się poprawić w siodle.
Uzupełniając opis ubioru zimowego, który to temat co roku powraca :), pod kask noszę polarową opaskę (genialne), rękawiczki mam polarowe Tattini (super!), a na górę podkoszulek, bluzka, dwa polary i wiatrówka. Przydałby mi się jeszcze taki polarowy trójkącik na rzep pod szyję, ale generalnie pogoda mnie nie rusza :)
Inna sprawa, że wyglądam jak maskotka producenta opon Michelin... Małgosia mnie widziała ostatnio, bo przyjechałam do niej pociągiem na wspólną jazdę na Mentosiu i Ricie. Na dworcu Warszawa Wschodnia ktoś zaczął wypowiedź skierowaną w moim kierunku od "Proszę Pana!" Ale Czarny nie ma uwag na temat mojego wyglądu :)
Takie rękawiczki polarowe to chyba szybko mokną w razie nieoczekiwanego deszczu czy mokrego śniegu?? Polar strasznie lubię, ale czasem zdarza mi się wpakowac w taki deszczyk... I wtedy potwornie marznę...
Jest coś na ręce, co jest i ciepłe, i w miarę od wody chroniące??
Zapytałam o leje, bo mam wrażenie, że te wszystkie zimowe spodnie są zbyt śliskie. Ale taki niby nubuk brzmi O.K. Tyle, że trzeba mieć farta, żeby na coś takiego trafić, w dodatku za 20 zł. Ja widziałam gdzieś długie czapsy ocieplane futerkiem, ale zrezygnowałam, bo pupy to nie ogrzeje.
Jeśli chodzi o głowę, to jestem przygotowana na najgorsze mrozy: mam ochraniacze na uszy, mam czapeczkę pod kask. U mnie opaska pod kaskiem nie sprawdziła sie, zawsze jakoś zjeżdzała.
Ostatnio wypatrzyłam w katalogu (katalogu z książkami!) komplet termoskarpetki i termorękawiczki. Chyba to wkłada się pod normalne skarpety i rękawiczki, bo są cienkie, ale moze źle zrozumiałam. Tak czy owak, zamówię, bo kosztuje tylko 25,50, a może faktycznie grzeje (mieszanka nylonu, poliestru, bawełny wzbogaconej nitką aluminiową). No i pozostaje tylko ten marznący tyłek!
Dorota, a napisz przy okazji o jeździe Mentos+Rita.
Prześlij komentarz