Nie odzywaliśmy się dawno, bo właściwie trudno było powiedzieć, co robimy. To nie jest już chyba program Parellego, a może właśnie jest? Carrot stick leży w pokoju dzieci, od dawna nie używany, subtelniejsze ćwiczenia kurzą się w mojej głowie, a ja i Czarny niestrudzenie wędrujemy w tereny. Dwa, czasem trzy razy w tygodniu znikamy na dwie godzinki w okolicznych lasach. Czasem dwie trzecie tych terenów przechodzę piechotą, czasem jedną trzecią, czasem prawie całość udaje mi się przejechać. Nie spieram się z Czarnym i nie awanturuję. Galopuję na ścieżkach, na których Czarny jest najbardziej opanowany umysłowo, na innych kłusuję lub stępuję, i nie upieram się, by galopować tam, gdzie może się to skończyć szybszym niż bym chciała powrotem do domu albo nagłym skrętem w znajomą ściezkę, ale też nie przegapiam momentów, kiedy mogę poprosić Czarnego o nieco energiczniejszy ruch do przodu. Wiem, gdzie są „trasy szybkiego ruchu”, gdzie lepiej na razie Czarnego do galopu nie podnosić, i wiem, gdzie są trasy leniwego spacerowicza, gdzie trzeba go podnieść chociaż do kłusa, bo inaczej wylądujemy na jakimś popasie w jeżynkach. Dostosowuję się i cieszę tym, co dostaję. Kiedy czuję się choć trochę zmęczona, fizycznie czy emocjonalnie, natychmiast zsiadam i pogodnie wędruję z moim koniem na piechotę. Siedzę na grzebiecie Czarnego tylko wtedy, kiedy czuję, że naprawdę jestem skoncentrowana i gotowa, dzięki czemu uzyskują ową parellistyczną „perfect practice”. Mniej, ale bardzo wysokiej jakości. Jak czuję, że miękną mi powoli nogi i żeby je odciążyć zaczynam choć nieznacznie pochylać się w kłusie – zsiadam. Jak czuję, że zaczynam odpływać myślami – zsiadam. Jak Czarny w spokoju przegalopował zadany odcinek lub ładnie przekłusował z opuszczaniem głowy – zsiadam. Jak czuję, że Czarny zobaczył coś, co BARDZO go zaniepokoiło – zsiadam i spokojnie czekam na rozwój wypadków. Jeśli zaniepokoiło mniej, cofam, cofam, cofam – tak długo, aż wyczuję chęć ruchu naprzód i narastające westchnienie rozluźniającego się konia. I idziemy dalej. Wreszcie przestałam zerkać na końskie uszy. Cała potrzebna informacja i tak daje się wyczuć pod siodłem, co – znów – czuję dopiero teraz. Jeśli on idzie energiczniej, ja też idę energiczniej, ale owa energia wyraża się bardziej w napięciu mięśni i całego ciała, w energii poruszeń góra-dół, a nie w pochyle naprzód. I to mu pomaga pozostać w równowadze fizycznej i emocjonalnej. Za każdym razem, kiedy się pochylę, czuję, jak mój koń traci emocjonalny spokój i zaczyna myśleć o ruchu bardzo szybko do przodu. Kiedy ja powracam na właściwą, wyprostowaną pozycję, mój koń odzyskuje rozum. Prowadzę z Czarnym tysiące małych, cichych dialogów. Nauczyłam się czekać. Czekać. Długo. Delikatne napięcie ciała albo liny, zależnie od tego, czy siedzę na nim, czy idziemy piechotą, tyle tylko, by wiedział, że jestem i czegoś chcę, i czekam. Czekam. Nie patrzę na niego. Patrzę przed siebie i czekam. Po jakimś czasie podejmuje decyzję i idzie, bardzo już wtedy spokojnie. Tak oswajamy drobne strachy i przezwyciężamy niechęć do pójścia dalej, kiedy można by już wrócić do domu. Większe strachy (ostatnio demoniczna, błyszcząca puszka w krzakach oraz jaskrawo biały samochód grzybiarzy) oswajamy z ziemi aproach and retreat, ale też bardzo, bardzo długim i spokojnym. Nie cofam go już jak morderca koni, nie poluję na jego zad. Cofam delikatnie, tyle, ile on chce, zapraszam też delikatnie. W efekcie dość szybko przechodzi koło stracha całkiem spokojnie. Daję wąchać wszystkie interesujące zapachy po drodze. Nie awanturuję się „chodź, chodź wreszcie!!”. Ja mam czas.... Dużo jeżdzę na rowerze (moi synowie zachwyceni, bo zawsze choć jeden załapuje się na pasażera), dużo energicznie i szybko chodzę, jeżdżę komunikacją publiczną, wzmacniam ciało i czuję, że niesłychanie przekłada się to na jakość jazdy. Nie ma siły, jako coraz bardziej sprawna i wytrzymała radzę sobie znacznie lepiej niż jako przyzwyczajony do jazdy samochodowej „weekend warrior” (określenie zauważone ostatnio w książce o jeździe terenowej, „niedzielny jeździec z ambicjami”).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz