11 sie 2012

It's not about the ..., czyli rzecz o relacjach

Po ostatnim kryzysie, kiedy nie popisałam się oceną sytuacji i wymagałam od rudzielca wykonania zbyt trudnego zadania, raczej już się dogadałyśmy. Tradycyjnie mam wrażenie, że jest lepiej niż przed dołkiem. Sesja "placowa" była jedna, ta opisana tutaj, później nie było czasu/pogody/nastroju na pracę na placu, parę razy jeszcze byłyśmy w terenie.

A w terenie trzy ciekawe obserwacje.

Kałuże sobie oswajamy. Problemu z kałużami Campina nie ma, ale to nie znaczy, że nie można zrobić z nich "tematu do rozmowy". Pracuję nad tym, żeby koń naprawdę bez wahania wchodził w kałużę, którą jej wskażę. Jeśli nie daję innych wskazówek, może szukać własnej trasy, przejść przez (czasem to robi) albo pójść bokiem. Poziom wyżej - jesli kłusujemy i proszę o przejście kałuży, to koń ma kałużę przekłusować. Jest zdecydowanie dobrze. Moje prośby nie są kwestionowane, a jeśli nawet, to bez przekonania - po chwili, dwóch-trzech próbach udaje się uzyskać zamierzony efekt.

Kolejny powód - poza samą radochą z drogi ;) - dla którego to robię: liczę na to, że przeniesie się to na siodło. Bo druga obserwacja dotyczy siodła. Wsiadam wreszcie na rude po naprawdę długim czasie! Słabe osiągnięcie dla obserwatora z zewnątrz, ale ja się cieszę każdym krokiem, bo wreszcie do tego doszłyśmy. Wsiadam również w terenie na początek, z jakimś drugim koniem (najczęściej jest to Bryś) i innym człowiekiem jako "baza". Rude rozumie już, że trzeba toczyć się przed siebie. Jakoś komunikujemy się co do sterowania. Przez kałuże przechodzi nienajgorzej, choć nie tak idealnie jak z ziemi. Ostatnio nawet wykonałam z siodła manewr złożony: wprowadzić konia na trawę, dać sygnał, że może żreć, chwila popasu z siodła, a następnie dać sygnał, że żarcie skończone i wyjechać z trawy na drogę - ruszyć dalej. Nie było prosto, trochę dyskusji było, ale nie tak dużo jak myślałam. Zaczynam wierzyć, ze kiedyś będziemy naprawdę na nich jeździć ;) Czyli tu też relacja na plus - mamy podstawową komunikację z siodła! (przeżywam jak mrówka okres, wiem).

Trzecia obserwacja była dziś. Z racji nieciekawych okoliczności rodzinnych, byłam w stajni sama. No dobrze, nie sama, z Arcusem. Ja, pies i Campina - w takim zestawie poszliśmy dziś do lasu. Spodziewałam się chociaż na początku kilku zatrzymań z głową w górze, podskoków, większej ilości spłoszeń. A co było? Nic. Odrobinę furczący oddech na pierwszym odcinku. Raz w miejscu podskoczyła, jak Arcus wyskoczył z krzaka wybitnie dynamicznie. Szła ze mną tak samo, jak wtedy, kiedy idziemy większą grupą. Zrobiłyśmy sobie 9 km traskę i nawet mam loga GPS na potwierdzenie :)

Do tego obserwacja kopytna: Campina pięknie chodzi z piętki i regularnie przekracza o kopytko. Przestałam z lękiem patrzeć na każdy jej krok. Tereny z Brytanią, zdecydowanie o (co najmniej) dwa rozmiary większą, dobrze jej zrobiły na wyciąganie macek przed siebie. Nie mam kucykowej maszyny do szycia! Jupi! Strzałki są w związku z tym niebrzydkie. Wyglądają jakby pracowały. Żeby nie było tak pięknie, w nowej stajni ogólnie się towarzystwu podeszwy pobetonowały. Ruda do niedawna jeszcze tego nie miała, dziś już widziałam u niej klasyczne betony. Nie mam pojęcia z czego to wynika. No nic, grunt, że chodzi w tej chwili po wszystkim, kłus po kamyczkach sama proponuje. Może to cukier? Niestety znowu utyła i ściany trochę popłynęły - nie tak jak u Wieśka, ale jednak... Najważniejsze - nie kuleje! Wiesiek też nie!

Wiesiek... ostatnio był z nami w terenie na kantarku, nie pierwszy zresztą raz. Nawet zrobiłam coś, czego myślałam, że nigdy nie zrobię - wsiadłam na rudą, kiedy jedynym towrzystwem był właśnie on. Na kantarku. I nawet nie obawiałam się, że skończy się to malowniczą katastrofą. Taaak... wieśkowe relacje też bardzo wyraźnie skoczyły w górę, ale o tym już Młoda musi napisać u siebie. O tym i o postępach w zajeżdżaniu Brysieńki. Cała trójka ostatnio "punktuje". Byle tak dalej. Na czarną i glutka czasu wiecznie brak. Czasem się załapią na spacer albo zaplatanie grzywy w warkoczyki.

...właśnie, jutro dzień "techniczny", kowalsko-fryzjerski. Już mnie przeraża, ile jest do roboty "przy koniach", a prawdopodobnie znowu będę sama. Na terenik pewnie czasu nie starczy. Muszę jutro wrócić wcześniej do domu. Dyplom dłubać. Bo to ostatnio moje główne zajęcie domowe. Może zdążę.

Jeszcze wniosek końcowy: siodło rudej, kantarek terenowy Wieśka (i nie tylko), samotny teren rudej - to wszystko po prostu przyszło, zrobiło się samo, kiedy relacja pozowoliła. Nie wymagało "wymęczenia tematu".

It's not about the... nie tylko trailer.


No, czas znikać. Dobranoc :)

Brak komentarzy: