17 cze 2012

Zaufanie, cz. 2

Najpierw zaległe potwory.

Nasz mostek:

I zła pochylnia:
Bez skali z koniem, ale i tak widać, że zbyt stroma i za mocno się chybnie, przeważona, prawda?

A teraz przemyślenia nad tym, jak zaufanie odzyskać. Oczywiście można odzyskać do pewnego stopnia posłuszeństwo - popularnym "daniem wpier*". Coś mi jednak mówi, że to nie jest metoda na odzyskanie zaufania. Na poprzedniej opisywanej sesji, żeby osiągnąć ustanowiony cel (próba wchodzenia na mostek) i w ogóle jakiekolwiek reakcje ze strony konia, faktycznie odwołałam się do "kto tu rządzi" - bieganie, szybsze cofanie. Efekt był, jakiśtam. I niesmak. Nie tędy droga...

Którędy w takim razie?

Po pierwsze: praca na wolności. Koń musi mieć możliwość wypowiedzenia swojego zdania, a ja nie mogę mieć pokusy zastosowania wyższej presji, którą lina "wychwyci". Jak przycisnę za mocno, to odleci - i o to chodzi. Dodatkowo to jest sprawdzian, czy koń naprawdę chce się skupić na zadaniu, zrozumieć o co człowiekowi chodzi, czy będzie utrudniał, każąc się co chwila łapać.

Po drugie: obniżenie wymagań, powrót do podstaw. Zaczęłam od zadań prostych, nie wymagających żadnej "walki ze sobą" od rudzielca. Ot, komunikacja. Zostały po kimś poustwiane pachołki - ćwiczyłyśmy slalom między nimi, najpierw w stępie, potem w kłusie (oczywiście to koń robi slalom, ja biegnę wzdłuż). Podbieganie do linii pachołków i zatrzymanie tam, cofnięcia. To akurat zupełne podstawy i dość szybko udało się je odzyskać. Prawie undemanding time.

Później było circling game na wolności i tu już nie było tak wspaniale - zaczęło się od nakręcania, odpałów i galopów. Może pamiętała z poprzedniej sesji, że coś było nie tak? Tu na chwilę wrociłam na linę, tylko po to, żeby jej pokazać, że nie musi odfruwać. Przyjęła to z wyraźną ulgą. Drugi etap, czyli CG stęp/kłus na wolności udało się przejść. Nawet zmiana kierunku wychodziła. Koło nieco jajowate, z łypaniem w tronę pozostałych koni*, ale jestem zadowolona z efektu.

Na koniec zadanie najtrudniejsze, chociaż też już to robiła - ale wracamy do tematu zaufania, bo to już nie jest jej strefa komfortu - wejście tylnymi nogami na podest z europalety. Tak, oczywiście to nie miało szansy wyjść. Zad spływał na boki, widoczne usztywnienie. Tutaj pojawiło się...

...po trzecie: dać koniowi DUŻO czasu. Żadne pchanie nie ma sensu. Spokój i dłuuugie czekanie na oswojenie z danym etapem. Cofamy prawie-do-podestu, stoimy. Warga drga, oczy półprzymknięte, stoi... W końcu podnosi lekko głowę, obraca, patrzy na podest - dopiero się na to zdobyła, po paru minutach - i za moment patrzy na mnie. Prośba o następny krok, staranie... i znów czekam. Długo. Długo. Obserwuję pysk, staram się nie wywierać presji, czekam. W międzyczasie myślę, jaki ustalić cel na dziś, bo po tym jak tragicznie jest, widzę, że wymaganie obu zadnich nóg na podeście musi zakończyć się klęską. Musi wystarczyć mniej - niech będzie jedna noga oparta pazurem na podeście, ale ta noga ma tam zostać, nie - dotknąć i odsunąć się. Udało się to osiągnąc, choć w międzyczasie byłam bliska zwątpienia i musiałam się bardzo pilnować, żeby nie pchać. Padał deszcz, zrobiło się zimno, a ja w lekkiej, po chwili zupełnie mokrej koszulce, stoję i patrzę jak koniowi drga warga. To nie może być normalne :) ale działa... tak myślę, tak czuję. Czy tak jest naprawdę - przekonam się na następnej sesji, bo oczywiście po osiągnięciu celu natychmiast było wolne, koniec pracy.

* pozostałe konie z naszego stadka były z nami luzem na placu. Taką wymyśliłyśmy nową formułę sesji i sprawdziła się, zdecydowanie. Myślę, że warto to powtarzać. Odławiałyśmy sobie jakąś "sztukę" ze stadka, zadanie - i znowu wolne na resztkowej trawce. Spodobał mi się ten tryb pracy - nie trzeba latać i zmieniać koni, nie trzeba decydować "z którym dziś pracuję".

Ja zajęłam się dwoma - Campiną głównie, ale chwilę też pobawiłam się z Akordem. Dlaczego? Mama ruszyła do niego z liną, a on zaczął się oddalać - takie zachowanie akurat nie jest akceptowane w naszym końskim świecie. Najpierw na moment wzięłam go na linę i sprawdziłam czy działa odangażowanie zadu - działa, przywołanie - działa. Jeszcze dwa powtórzenia i spuściłam zwierza ze sznurka... i już nie działa :) Chwila catching game. Przy okazji przemyślenie - jak bardzo inaczej wygląda moje catching game od tego, co prezentowane jest w podstawowym savvy systemie. Ja nie chcę, żeby koń latał jak powalony. To nie zadziała, a na pewno nie zadziała z wkręcającym się folblutem. Chcę, żeby folblut był myślami ze mną, a nie gnać go do zmęczenia. Nasze catching game ma więc tylko jedną zasadę - albo, koniu, do mnie przychodzisz, albo ludzki upierdliwiec nie da Ci jeść/chować się za szefa, będziesz musiał się przemieszczać (może być stępem).

Parę minut pochodził, raz zagalopował (nie gnałam go bardziej, poczekałam aż mu przejdzie), dwa razy schował się za rudą. I po tych paru minutach odwrócił się do mnie => natychmiastowe zdjęcie presji, podszedł, wydrapanie, pozwolenie na skubanie trawy, dziękuję. Za moment sprawdziłam raz jeszcze - podejście, zawołanie, przyszedł. Świetnie. Później Aga naprawiała to samo u drugiego "najsurowszego" z naszych koni, czyli u Sekwany. No i miała problem, bo na każde zawołanie przychodził Akord, jeśli tylko był w zasięgu - przychodził i przeszkadzał :)

Tjaaa... kiedy zaczynałam pracę z rudą, naprawdę za dużo bez sensu ją ganiałam. Też działało, ale można było inaczej. Fajnie teraz obserwowac "na surówkach", jak szybko i skutecznie działają nasze wypracowane w praktyce metody.

Udało się też Akorda zupełnie bezproblemowo popsikać sprayem na owady - plus, bo jeszcze niedawno mocno się przy tym kręcił. Na wszelki wypadek zapięłam go na linę do tego zabiegu, ale była zupelnie luźna, leżała na ziemi. Nic nie kombinował. Jego zaufanie najwyraźniej ma akurat górkę. Pozytywnie. Postaram się tego nie zepsuć... biedne rude, zawsze na pierwszej linii.

Brak komentarzy: