Dwa lata temu Truskawka postanowiła, że moim przeznaczeniem są występy na rodeo. Zafundowała mi trening w tym kierunku, tyle że zamiast robić to w learning zone, od razu wrzucila mnie w red zone, co zaowocowalo taką traumą, że dopiero w tym roku na wiosnę odważyłam się na nią wsiadać.
W sobotę był dzień Truskawki (staram się trzymać schematu jeden dzień czarna, kolejny dzień rudy i tak na zmianę). Jak to na Truskawce, jeździło się lekko, łatwo i przyjemnie: kłus, galop, drążki, wolty, zmiany kierunku, zmiany tempa w stępie i kłusie. Znowu miałam wrażenie, że potrafię jeździć. Wrażenie okazało się mylne. Czarna wyprowadziła mnie z błędu zmieniając się ze spokojnie galopującego konia w roller coaster. Coś zrobiłam (niestety, nie wiem co) i oprotestowała to zaproszeniem na rodeo. Ale tym razem zdarzył się cud i bryki wysiedziałam. Nie wiem, czy zatrzymała się sama, czy ja jakoś jej w tym pomogłam, bo mam mgliste wrażenie manewrów wodzami. Tak czy siak zatrzymała się, a wtedy mnie jakaś dzika odwaga ogarnęła, bo nawet nie pomyślałam, żeby z niej zsiadać. Ruszyłam stępem, potem jeszcze kłusowałyśmy i znowu potrafiłam jeździć. Ale już na galopy zabrakło mi jaj.
W niedzielę byla kolej na Duszka, ale postanowiłam przynajmniej na trochę wsiąść na Truskawkę, żeby sprawdzić, czy psychicznie dam radę, czy trauma nie wróci. Nie wróciła. Nawet ciekawość pchnęła mnie do krótkiego galopu, chociaż w planie tego nie miałam.
A ze świeżym obrazem jazdy lekkej, łatwej i przyjemniej udało mi Duszka zmotywować do wykrzesania ruchu bardziej energicznego i porzucenia trybu „co mi zrobisz jak nie zrobię”.
2 komentarze:
Super czytać, że tak skutecznie rozciągacie strefę komfortu :) u nas też ciekawie, choć zdecydowanie "wcześniej" jesteśmy, może skrobnę o tym niedługo :)
Tylko na niej mogę wychodzić ze strefy komfortu. Na Duszku strefa komfortu jest tak szeroka, że nie widzę jej granic i nie mam pomysłu, jak z niej wyjść.
Prześlij komentarz