Byłam z rudą na ziemi na etapie nie mamy już za bardzo pomysłów na problemy. Koń spokojny, obsługiwalny, pójdzie wszędzie gdzie poproszę, bez problemu odprowadzany od stada sam, przynajmniej dopóki jestem, a i sam-sam nie robi nadmiernej histerii. Czasem trzeba o czymś chwilę podyskutować najwyżej (jak z podestem). Biegamy sobie po lesie na pół wolno i prawie się nie obawiam, że pójdzie sobie w pierony na widok byle warchlaka.
Ostatnio pojawiło się u nas w stajni coś, co mogłoby byc wyzwaniem - przeszkody ze ścieżki huculskiej.
O ile jeszcze mostek-kładka nie zrobił wrażenia na rudzielcu, to ruchoma pochylnia (na razie zdjęcie pożyczone, bo własnego nie mam... zrobię jutro fotki naszych narzędzi tortur i wyedytuję posta):

Teraz będzie obraz klęski, czyli jakie miała przemyślenia na mój temat (%$@#&*#@!!!!).
Dzisiejszy dzień zaczęłam od poproszenia ją o wejście czterema nogami na pierwsza część pochylni, tak, żeby jeszcze się nie bujnęła (wykombinowałam taki sposób, żeby powoli ją oswajać z tym nieszczęsnym huśtaniem). Jakośtam właziła... ale ogólnie widziałam mocną nieufność i niechęć. Wydawało mi się, że doszłam do jakiegoś sensownego punktu, więc zabrałam ją do innych przeszkód. Próba podejścia do mostku - którym przecież chodziła na poprzedniej sesji bez problemu - weszła kawałeczek i STOP. Definitywnie STOP. Nie byłam w stanie jej przeprowadzić przez mostek! Próbowałam dłuższą chwilę, raz udało się ją przepchnąć, ale później wcale nie było lepiej (czyli to nie jest dobra droga). Do tego koń przestał się starać ogólnie i odpowiadać na moje prośby. Przestało działać circling game, zmieniała sobie tempo na wszystkie strony i boki, zagalopowania, zmiany kierunku. OK, trzeba było wrócić do podstaw. Uporządkowałyśmy to, ale w międzyczasie... koń mi się zapocił nerwowo. Zdecydowanie się zestresowała. Większość tego porządkowania odbywała się w stępie-kłusie, o galop NIE prosiłam, było go tyle co jej samowolne wyskoki. Zero lekkości w tej naszej rozmowie. Później poprosiłam o cofnięcie na początek mostka. Za pierwszym razem zrobiła to - kilka podejść i obie zadnie nogi były na podejściu. Przerwa na trawę, druga próba: cofnęła do brzegu mostka, kiedy poczuła, że za zadnimi nogami "coś" jest, przestała reagować na moje prośby. Ja daję sygnał, a ona na mnie patrzy i NIC, ZERO, NULL. Nogi stoją, gdzie stały. Nawet nie chodzi o to, że była w tym momencie zestresowana, wyraźnie mnie testowała. Mówiła całą sobą, że jest ze mnie przywódca jak z koziej dupy trąba i ona nie zamierza słuchać moich sugestii. Co mi zrobisz, jeśli powiem ,,nie''?... Do tego jeszcze ,,a właściwie dlaczego mam Ci ufać?'' Cóż mam rzec... jak zwykle, miała rację. Nie powinnam była w ogóle wprowadzać jej na tę pochylnię, a na pewno nie od razu przeprowadzać do końca. Powiedziałam "nic się nie stanie" a jednak coś się stało i przestraszyło ją. Straciłam zaufanie, szacunek i teraz czeka mnie mozolne odbudowywanie tego u podstaw. Ciekawe ile to potrwa. Ciekawe co jeszcze przestało działać (mam wrażenie, że naprawdę wszystko). Dziś udało się wydyskutować na tyle respektu, że cofnęła na początek mostka (oczywiście dyskusja odbywała się poza mostkiem, bo jak zapewne sama doskonale wiedziała, na mostek pchać jej nie mogłam - to grozi kontuzją...). Udało się doprowadzić do utrzymania chodu w circling, do ładnych przejść stęp-kłus-stęp na niskie fazy, zmiany kierunku też poprawiłam.
No, schrzaniłam ostro. Dawno tak wielu punktów u niej nie straciłam. Cholera. Nudno było, to sobie narobiłam kłopotów.
Jeden plus - przy okazji walki z circling potwierdzone zostało iż jakoby koń mój czysty jest na swój felerny prawy przód, na obie strony chodzi regularnie. I z piętki. Chociaż tyle, jupi!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz