17 sty 2007

Protecting our herd w moim wykonaniu

Na dworze wichura łamie gałęzie, wygina drzewa, wydmuchuje liście, piach i patyki. W rezultacie konie w stajni, więc postanowiłam urozmaicić Truskawce tę przymusową niewolę. Usiadłam w jej boksie i miałyśmy undemanding time połączony z poskrobywaniem malutkiej carrotem w ulubionych punktach jej ślicznego ciałka pokrytego gęstym, czarnym zimowym futerkiem. Nagle kobyła w boksie obok zaczęla się szczerzyć na Truskawkę. Wtedy ja: mina teściowej w wydaniu teściowej mocno wrednej i celuję carrotem w jej stronę. Kobyła natychmiast zmienia front, uszki do przodu, minka niewinna, co złego to nie ja. Odwracam się do Truskawki i widzę, że ona patrzy na mnie jak nigdy dotąd, jakby mówiła „takiej cię jeszcze nie znałam”. Pogłaskałam ją, a ona położyła głowę na moim ramieniu i tak sobie stałyśmy. Myślałam, że się rozpłynę!!!
A gdy wiatr ucichł, konie wyszły na pastwisko i Truskawka pokazała, co to jest radość życia dwulatki: galopy, skoki, wierzgi ..... Potem weszła do gigantycznej kałuży i rozpoczęła prace poszukiwawcze – na zmianę raz jedną, raz drugą nogą rozgrzebywała ją i wkładała nos w wodę – wyglądała jak małe dziecko bawiące się błotkiem w kałuży. I tak jak dziecko wyszła z niej upaćkana, ale szczęśliwa. Patrzyłam na to i puchłam z dumy, że ona tak dzielna.

Brak komentarzy: