Wczoraj zabrałam Czarnego na pierwszy od miesiąca krótki spacer w ręku. Wet uprzedzał "Pani co prawda jeździ na tych wynalazkach, ale wystanego konia nie da się na tym utrzymać, potrzebne jest wędzidło, a w ogóle pierwsze spacery pod siodłem, a nie z ręki, bo z ręki nie da się utrzymać" i dalej w ten deseń. Och, no rzeczywiście, czyżby? Czarny owszem, fukał i prychał, i warkotał nosem, czego generalnie prawie nigdy nie robi, i widać było, że energia go roznosi, bo pierwsze kontrolne pod kątem kulawizny zakłusowania mieliśmy dość gwałtowne, bo było i wspinanie się, i wykopy w moim kierunku z zadu (tylko straszenie), ale wystarczyło pochylenie w bok na "zabieraj ten tyłek", po czym wcale nie bardzo mocne "do tyłu", żeby Czarny stawał spokojnie, uważnie mi się przyglądając. Czarny do góry na tylnych nogach, ja "zabieraj tyłek" i Czarny łagodnie opadał i pytał "no i co mam zrobić?". Kolejne zakłusowania też bardzo ładne, bez żadnego przyspieszania, ponoszenia, galopów, musiałam się tylko pilnować, by prośba o kłus była naprawdę baaaaardzo delikatna i cicha, bo Czarny był jak beczka prochu. Ale naprawdę zdyscyplinowana beczka prochu, bez inklinacji do powleczenia mnie za sobą. Nie. Trawa, stęp, kłus, trawa, obrót, cofanie. Bardzo przyjemnie jest mieć konia dobrze przygotowanego z ziemi, który ma tak zakodowane podstawowe komendy, że działa w zasadzie automatycznie, natychmiast powracając do równowagi. Nie da się, no rzeczywiście, phi.
:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz