6 lis 2012

PNH weterynaryjne...

...czyli o tym, że każda okazja jest dobra, żeby poprawić relację.


W niedzielę załadanie opatrunku odbyło się w trybie koniu, nie świruj i ,,klasycznie'' z drugą przednią nogą w górze. W poniedziałek pojawiłam się u konia samotnie. Wiedziałam, że będzie trudniej, więc uzbroiłam się w cierpliwość i parellowe ,,mam dwa dni czasu''. Słusznie. Pierwsza schiza pojawiła się, kiedy wpadłam na pomysł, żeby nogę obejrzeć: wzrok szczypał rudzielca w ranę. Może szczypał też dlatego, że noga wyglądała dużo gorzej - napuchła mocniej i grzała. Obejrzałam, pomyślałam parę minut i zadzwoniłam do wetki, z którą umówiłam się na następny dzień (tu widać, że nie tylko koń histeryczny, ale i właścicielka).

Kiedy wpadłam na głupi pomysł, żeby okolicy rany dotknąć, zaczęło się spacerowanie po boksie. W tej sytuacji niestety musiałam się wspomóc częściowym zniewoleniem - koń wylądował na korytarzu, na linie, uwiązany tak, że mógł się ruszyć, ale nie mógł odejść w uprzednio obranym kierunku. Do kieszeni wzięłam dwie garści musli, żeby mojemu zorientowanemu spożywczo zwierzęciu zająć głowę czymś konstruktywnym. Tak, PNH lekko uspożywczone to jest to, co do rudej głowy zdecydowanie dobrze trafia. Dużo nie musi tego być (nawet nie może - w samych początkach miałam problem z tym, że rude, karmione, zmieniało się z futrzanego misia w złośliwego gremlina), ale musi być idealnie wcelowane czasowo.

No i zaczęło się... Kolejne etapy: dotykanie rany rękami, dotykanie watą, symulacja zawijania watą, zawinięcie owijki na nadpęciu, zawienięcie watą i umocowanie jej bandażem poszły nadspodziewanie szybko. Moc musli (dla zainteresowanych reklama: CEREVIT takie cuda czyni). Wyżej wymienione tajemne moce wyraźnie jednak nie działały, kiedy wyjęłam butelkę. Riwanol był wrogiem numer jeden. Zaczęło się dreptanie, uciekanie, włażenie na mnie, machanie jedną nogą, drugą nogą. Cały czas nie odpuszczałam, dopóki nie stanęła spokojnie, z głową prosto. Rozbiłam ten etap na podetapy - akceptacja dotykania butelką, akceptacja mokrego (wata namoczona poza koniem), w końcu akceptacja "małych łyczków" riwanolu lanego bezpośrednio na opatrunek. Trwało to długo, chwilami na zmianę traciłyśmy cierpliwość - raz ja, raz ruda, moja utrata cierpliwości pod koniec akcji namaczania (jej tuptanie powodowało że opatrunek zjeżdżał, a byłam zdeterminowana, żeby porządnie moczył ranę tym razem) zaowocowała uwiązaniem konia naprawdę krótko. Wtedy i ona cierpliwość straciła i zaczęło się naprzemienne tupanie i grzebanie nogami. Oj, ciężko było, ale o każdy etap pytałam ją. Jak w tym poście - ja wiedziałam, że musimy przez to przejść, ale chciałam przejść przez to z nią, nie przeciągnąć ją siłą. Prośba o zgodę. Tup, grzeb, głowa się ode mnie odwraca, czekam. Rozluźnienie. Przysuwam butelkę centymetr bliżej i powtórka z rozrywki. W końcu jakiś mały kroczek dalej - nagroda w postaci musli. To, że tu już nie działało tak doskonale jak przy wcześniejszych etapach, znaczy, że miała duży dyskomfort związany z moczeniem opatrunku. Nie wiem dlaczego. Może szczypało? A może sam fakt, że po suchej skórze ściekał zimny płyn? W końcu jednak (po blisko 2 godzinach) się udało, koń wrócił do boksu, został porządnie wydrapany, czego nie przyjął tak entuzjastycznie jak zwykle (,,idź już sobie, mam Cię dość na dziś...'').

Dzisiaj opuchlizna praktycznie zeszła. Zostały jakieś resztki. Strupek się odmoczył, poluzował i dał się zdjąć - czyli opatrunek był skuteczny. Dzisiejsze opady deszczu pewnie też pomogły rance nie zaschnąć do mojego przyjazdu. Pani doktor utrzymała nasze leczenie - jeszcze 2-3 dni moczenia w riwanolu na noc i powinno być wszystko OK. Nie podała antybiotyku! Na dodatek koń już na samym wstępie mnie zadziwił, bo mimo wczorajszych strasznych przejść, przyszedł dziś od razu się przywitać. Kolejny raz widać, jak bardzo temu zwierzęciu (czy tylko?) potrzebny jest dobry szef-przewodnik, sensowne wymagania i pozostawienie pola do własnych decyzji i odpowiedzialności. To nie ja decydowałam, czy riwanol poleci, tylko ona - ja proponowałam ,,spróbujmy.'' - jeśli w odpowiedzi było zdecydowane ,,NIEEE!'' to czekałam, za chwilę pytałam znowu. Co prawda dziś ranę szczypało światło - obejrzeć bez czołówki ją mogłam, ale jak założyłam czołówkę, to zaczęły się wędrówki po boksie i zastawianie zadem. Ten problem całe szczęście udało się rozwiązać w moment. Założenie opatrunku poszło oczywiście bajecznie. Lanie riwanolu spowodowało lekką niepewność, ale nie było dziś cyrków - dwie butelki w ciągu może 5, może 10 minut poleciały. Mimo że rana pozbawiona strupka, "goła". Frustracji na koniec nie było, wzdychania na pokaz, w którym ruda celuje, również nie. Zobaczymy jak będzie jutro, ale myślę, że nie będzie problemu. Tradycyjnie opłacało się poświęcić czas.

Jeszcze o tym, jak różne są konie. Brytanii identyczny uraz praktycznie nie ruszył, zero było problemów z zakładaniem opatrunków. Ba, nie ruszyło jej rozwalenie całej klaty, z naderwaniem mięśnia i pięknymi bryzgami krwi po okolicy. Ruda wyraźnie ma jednak tę arabską wrażliwość po tatusiu ;) zachowywała się, jakby była najbiedniejszą istotą na świecie.

A ja sobie dzisiaj krwi upuściłam w szczytnym celu - wizyta w stacji krwiodawstwa. Niestety przez to mój pierwotny plan, żeby wrócić do domu lasem i odwiedzić moich kopytnych podopiecznych, nie wypalił - dostałam zakaz wysilania ręki. Może jutro się uda...

1 komentarz:

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

"Jeszcze o tym, jak różne są konie. Brytanii identyczny uraz praktycznie nie ruszył, zero było problemów z zakładaniem opatrunków. Ba, nie ruszyło jej rozwalenie całej klaty, z naderwaniem mięśnia i pięknymi bryzgami krwi po okolicy. Ruda wyraźnie ma jednak tę arabską wrażliwość po tatusiu ;) zachowywała się, jakby była najbiedniejszą istotą na świecie."

A może to jest determinowane przez maść? :) Bo mój rudy tak jak Twoja ruda, a moja czarna tak jak Twoja czarna. :) Ciarki mi przechodziły, jak na żywca miała wycinane gzy bydlęce siedzące pod skórą - a ona nic. Albo jak miała rurę przez nos wkładaną, żeby sprawdzić, dlaczego sapała.