Nie znoszę listopada i grudnia. 5 dni w tygodniu upływa pod haslem "ciemność widzę, ciemność". W stajni nie jest najprzyjemniej - jestem sama w tej ciemności. Światło na ujeżdżalni niewiele pomaga, bo światła mało, a ciemności wokół wiele. W efekcie mam poważne obawy, czy poza weekendami wsiądę na konia.
Ale żeby tak zupełnie nie poddać się i jakoś obronić się przed ponurą rzeczywistością, wymyśliłam sobie przetrwaniowy plan naziemny: nauka przejść stęp-galop. A jak będą wychodzić, też galop ze stój.
Kiedyś próbowałam przejścia stęp-galop z siodła, ale nie wyszło ani na Truskawce ani na Duszku (skoro na Truskawce nie, to na Duszku tym bardziej nie). NIe wyszło, bo pominęłam wtedy etap przygotowania z ziemi. Teraz będzie po kolei.
Wczoraj była pierwsza taka zabawa z Truskawką. Najpierw "zaprogramowałam" ją na przejścia, czyli stęp-klus-galop-kłus-stęp w różnej kolejności. Kobyła tak się rozbujała, a ja tak mocno się skupilam, że od razu przy pierwszej próbie ruszyła ze stępa pięknym, równym galopem. Wystarczyło odpowiednie podniesienie energii, nawet nie miałam carrota w ręku na ewentualną potrzebę wyższych faz.
Z Duszkiem nie pójdzie tak łatwo. Będzie to dla niego zadanie szokujące: jak to, mam biegać, bez kłusa-rozbiegu? Ale ma chłopak jeszcze czas, na razie Truskawka będzie mnie uczyć, jak mam przekazywać tę myśl do końskiej głowy i końskich nóg.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz