... na zakończenie wspominek wakacyjnych
Przed wyjazdem dostałam od Sylwii zadanie: zdawać relację, jeśli będę miała jakieś przygody. Przygód na szczęście nie było, ale kilka mniej lub bardziej emocjonujących zdarzeń - owszem.
Strachy Duszkowe
Byłam prześladowana przez sarnę-mutanta (a może były to sarny-mutanty? - chociaż miałam wrażenie, że zawsze była ta sama, mimo że widywałam ją w przelocie). Mutant, bo w stosunku do tych, które widziałam w okolicach Warszawy była dużo większa, w dodatku nie szara, jak te podwarszawskie, a ruda, w kolorze Duszka. Prześladowanie polegało na tym, że jak jechałam na Duszku, owo zwierzę wypadało nagle z krzaków i gnało w naszą stronę. Nie rozumiem, dlaczego spłoszone zwierzę leci w kierunku tego, co je spłoszyło. Dzielny koń Duszek taki głupi nie jest - on wie, że uciekać należy od stracha, a nie do stracha. I w ten sposób dwa razy nagle zawinął się o 180 stopni i dał nogę przed siebie. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji nie mogłam się dokładnie przyjrzeć sarniemu prześladowcy. Potem wymyśliłam, że zbliżając się do gęstych zarośli, gdzie nie widać, co w nich siedzi, będę pokrzykiwać, żeby zwierzyna miała szansę wcześniej zareagować na naszą obecność. Chyba poskutkowało, bo już nigdy na nas nie wyleciała, gdzieś dalej sobie przemykała.
Na lisy pokrzykiwanie nie działało. Siedziały, gapiły się i nie miały w ogóle potrzeby ucieczki. Ale o dziwo lisy na Duszku wrażenia nie robiły.
Moja hipochondria.
Wjeżdżałam na Duszku na bardzo stromą górę. W zasadzie to nawet nie była góra, ale ściana wąwozu. W połowie stoku Duszek stanął. Moja myśl: zasłabł, nie da rady dalej iść, panika - jak ja go stąd zabiorę???? Za chwilę czuję, że coś się dzieje z zadem. Jest jeszcze gorzej, chyba go sparaliżowało!!!! Trzeba schodzić i coś robić! Ale co? Na szczęście zanim painka wzięła górę, usłyszałam uspokajający szum - Duszek sikał!
Plaga
Bez wątpienia wielu emocji dostarczały owady. Tłukłam co się dało, a nawet dało się kilka razy utłuc gza w trakcie składania jaj!
Tak wyglądał mój koń w pelnym rynsztunku terenowym. No prawie pełnym, bo bez ochraniaczy, ale owadzio-pelnym.
Owady już prawie pożegnaliśmy. A wraz z nimi żegnamy lato. Żal. Nawet z owadami, ale lato to lato! Moja ulubiona pora roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz