(z krainy pagórków cz. 2)
Odprowadzałam Truskawkę na padok. Po raz nie-wiem-który przechodziłyśmy obok urządzenia z poniższych zdjęć (głupia baba, taki skrót sobie wymyśliłam, na którym pewnie oszczędzałam szalone 30 sekund). Nie jestem pewna, do czego ono służy, ale nie jest małe - na oko 1,5 m x 3 m. Na zdjęciu drugim postawiłam gównoszufelkę, żeby pokazać skalę.
Na zdjęciach toto jest w pozycji stojącej, ale jak przechodziłyśmy, leżało na płask.
Idziemy, nagle Truskawka się szarpnęła i widzę, że to urządzenie wisi na jej kantarze, a ono leci do tyłu i staje dęba. Nie wiem, jak to się stało, że nie spanikowałam. Zdążyło mi tylko przemknąć przez głowę, że nie mogę puścić uwiązu, bo jak z tym żelastwem poleci, to już nic jej nie uratuje. Więc trzymałam i starałam się spokojnie do niej mówić. Na szczęście moja metoda nie została wystawiona na próbę. Po dwóch-trzech krokach do tyłu Truskawka zatrzymała się. Podeszłam. Okazało się, że uwiąz zaczepił się o taki element:
Truskawka spokojnie odczekała, aż ją odczepię. A ja do tej pory nie potrafię zrozumieć, jak to się stało. Naprawdę, nawet gdybym się bardzo starała, nie byłoby mi łatwo przyczepić uwiąz do tej pętelki.
Gdzie tu PNH? Otóż w ramach gry w jeża PNH uczy, żeby konie nie panikowały, gdy coś je ciągnie za mordę**. Do tej pory zastosowanie tego było raczej widowiskowe: jak mój koń nastąpił na linę przyczepioną do kantara i nie szarpał się, tylko przestawiał nogę, słyszałam, jaki ten koń grzeczny. Teraz najprawdopodobniej uratowało to Truskawce życie. Co nie zmienia faktu, że sytuacja miała miejsce przez mój brak wyobrażni.
** mimo że osobiście tego nie widziałam, nie wątpię, że inne szkoły też tego mogą uczyć. Ale na pewno nie jest to coś, czego standardowo konie są uczone. Wnioskuję to z faktu, jak ludzie się dziwią, gdy widzą, że moje konie nie szarpią się, gdy nadepną na uwiąz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz