Konie po odrobaczaniu mają dwa dni przymusowego boksu (swoją drogą nie rozumiem, czemu taka praktyka ma służyć, ale to inny temat). Możliwości ruszenia obu koni dość ograniczone: dzień jest za krótki, żeby pojechać w teren najpierw na jednym, potem na drugim koniu, na ujeżdżalni gruda, więc też jeżdzić nie da rady. Pozostał spacer na własnych nogach z końmi na sznurkach.
Spacer trwał mniej więcej trzy godziny, przed wyjściem z domu piłam kawę, która wiadomo jakie ma działanie, czyli nie muszę pisać, jaką palącą potrzebę odczułam w jego trakcie. Świadomość, że muszę trzymać dwa konie i jednocześnie pozbyć się kilku warstw ubrania przez pewien czas skutecznie blokowała tę potrzebę. Ale przyszedł moment, że już nie dało rady, trzeba było rzucić losowi wyzwanie.
Rzuciłam i .... I obyło się bez efektów ubocznych! Konie odniosły się ze zrozumieniem: stały grzecznie podczas całej skomplikowanej operacji, nie zaczepiały siebie, nie zaczepiały mnie, a w kluczowym momencie nie próbowały mnie rozerwać próbując pójść każdy w swoją stronę, co robią nagminnie, gdy zatrzymujemy się na przekąskę.
Ten sukces to pewnym sensie zasługa Kasi (nie, nie sugeruję, że Kasia nauczyła mnie sikać w lesie!). Gdyby Kasia parę lat temu nie powiedziała mi, że chodzi na sznurkach na spacery z Promykiem i Indim, sama pewnie bym na ten pomysł nie wpadła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz