17 sie 2014

W krainie pagórków - część 1


Byliśmy, wróciliśmy ...

Przyjechaliśmy i było tak, jak byśmy nigdy stamtąd nie wyjeżdżali. Konie poszły na ten sam padok, co w zeszłym roku i widocznie doszły do wniosku, że wróciły do siebie. Wobec zastanego stada żadnych prób ustalania herarchii, żadnego biegania, kwiczenia, przytupywania; w stosunku do siebie żadnych prób przyłączenia się, gdy zabierałam jednego, a drugi miał zostać, czy tęsknego rżenia, gdy towarzysza/towarzyszki zabrakło.

Konie były na pastwisku 24h i na tym polegały ich wakacje - bo domowa bumelka pastwiskowa sporadycznie przerywana jakimiś zajęciami została im odebrana. Bo z kolei założeniem moich wakacji było jeżdzić codziennie, co automatycznie wykluczyło końską  bumelkę. Udało mi się to zrealizować prawie w 100 procentach, mimo ciężkich warunków, czyli upałów, jakich od lat nie pamiętam (była jednodniowa przerwa, żeby nie kusić losu, ale o tym w oddzielnej notce),  Pogodowo masakra byla. Do tego stopnia, że część jeziora, gdzie zwykle wjeżdżaliśmy, żeby pomoczyć końskie nogi, zamieniła się w plażę.

Skąd te pagórki w tytule? Ano z planu treningu, zgodnie z którym miałam w terenie co najmniej 10 razy  w stępie wjeżdżać i zjeżdżać z górek.  Naturalnie wiedziałam, że tam górek nie brakuje, ale nastawiałam się na kilkakrotnie pokonywanie w górę i w dół tego samego zbocza. Tymczasem tam praktycznie nie ma płaskich dróg, więc każdy wyjazd w teren zapewniał dużo więcej wejść i zejść niż było w planie treningowym. Nigdy dotąd na tę powszechną pagórkowatość nie zwróciłam uwagi.

W ogóle moja świadomość otaczającego terenu wzrosła niepomiernie. Po 11 czy 12 latach w końcu nauczyłam się nie gubić i jeżdziłam gdzie mnie oczy poniosły,  bez usilnego zapamiętywania drogi, którą przyjechałam.  Przyjemne to było uczucie. 

Ale żeby nie było tak pięknie: w ostatnim tygodniu zaczęłam jeżdzić na trochę innym  obszarze, który wydawał mi się mniejszy i łatwiejszy do kontrolowania. I tu poległam. Zgubiłam się błyskawicznie. Kompas w głowie się zaciął. Na szczęście miałam kompas pod pupą, czyli Truskawkę. Ona nie miała wątpliwości, którędy do domu. I nigdy się nie pomyliła.

Brak komentarzy: