... albo relacji
powakacyjnych część pierwsza.
Konio-wakacje
rozpoczęłam standardowo: na Duszku teren lub ujeżdżalnia, na Truskawce
ujeżdżalnia, bo teren wciąż był nie tylko poza moją zieloną strefą (strefą
komfortu), ale także poza pomarańczową (strefą nauki).
Ale miałam
motywację do zmiany: na Duszku trudno jest prowadzić teren, ze względu na jego,
mówiąc dyplomatycznie, oszczędzające energię tempo poruszania, spowodowane temperamentem
i budową (nie jest to zbyt duży koń, 160 cm jakoś przekłada się na jego szybkość).
Raz prowadziliśmy dwuparowy teren i górna część pary jadącej za mną nieustannie
na mnie pokrzykiwała i popędzała, a z kolei dolna część tej pary, pomimo sprzyjających
warunków fizycznych, psychicznie nie nadawała
się na czołową pozycję.
Przełom nastąpił,
gdy pojechałam z Ulą (właścicielką i instruktorką). Najpierw jechałam jako
druga, żeby sprawdzić, jak Truskawka będzie się zachowywać. Było O.K., więc
spróbowałam poprowadzić. Też było O.K.
No i się zaczęło.
Ujeżdżalnia, hala i wszystko, co przy
domu, poszło w odstawkę. Od tej pory jeżdziłam na niej tylko w tereny. W tereny
samotne i w grupie, była wtedy koniem prowadzącym. Ona jest urodzonym koniem terenowym, nawet taka
d ... nie jeździec jak ja nie potrafi
tego popsuć. Było super. Pobiłyśmy nawet rekord Truskawki pod siodłem: 4
godziny!
To był przełom
numer jeden. Przełom numer dwa też związany jest z terenowaniem. Ja generalnie
mam bardzo słabą orientacjęw terenie. Pomimo tylu lat jeżdżenia po okolicznych
lasach nie potrafiłam poruszać się w nich swobodnie i nie zgubić się. Z tego powodu jeździłam głównymi szlakami,
żeby zawsze była możliwość powrotu tą samą drogą. A w tym roku zaczęłam zapuszczać się w boczne
ścieżki i ku swemu wielkiemu zdziwieniu zawsze potrafiłam znaleźć właściwy kierunek.
Przyjemność z terenowania zdecydowanie wzrosła. Mam już plan eksploracji dalszych obszarów na rok przyszły!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz