15 sie 2013

Kopyta, wolne po-stępy i refleksje pulsometryczne

Dzisiaj wpis głównie z kilkoma OBOPami dotyczącymi utrzymania. Nasze stadko wychodzi w tej chwili w nieco innym trybie niż rok temu - zamiast spędzać dzień (ile się da, do momentu, kiedy upał robi się nie do wytrzymania) na ich przydziałowym, dość płaskim i niedużym padoczku na szczycie górki, spędzają noc (od około 20 do około 4 nad ranem) na padoku większym, na zboczu tejże górki. Różnic jest kilka:
- większa powierzchnia
- więcej trawy (na "naszym" praktycznie trawy nie ma)
- górka!
- noc - nie ma denerwującego ich upału i owadów (tylko wieczorem narzekają nieco)
- tak, stoją większość doby w boksach (!)
Na wybiegu mają do schronienia dwa ogromne dęby rosnące na dolnym skraju tego wybiegu - przetrzymały tam nawet dość konkretną burzę.

Efekt bezpośredni jest taki, że wychodzą generalnie chętnie, a tam więcej się ruszają (trzeba polować na trawę - szczególnie Sekwana to praktykuje, już kilka razy z rozbawieniem obserwowałam, jak przemieszcza się kłusem do bardziej obiecującej kępki), do tego - po górkach.

Efektów pośrednich jest kilka. Podstawowy jest taki, że wszystkim poprawiły się strzałki i poszerzyły tyły kopyt - mimo że wychodzą na krócej. Czyż to nie jest ciekawe? Dla mnie bardzo! Drugim spektakularnym efektem pośrednim jest to, że Sekwana całkiem przestała się blokować w kolanach. Kręci się po boksie bez problemu, cofa bez problemu, a ostatnio się mało nie popłakałam ze wzruszenia, jak mi podała swoją gorszą, prawą zadnią nogę z pozycji "pod kłodą". To było absolutnie niemożliwe wcześniej. Drugą rzeczą, którą zmieniłam prawie równolegle do systemu wypuszczania, jest inne struganie jej zadów - ale różnica w tym zakresie nie jest aż tak duża (tak mi się przynajmniej wydaje), choć fakt - struganie zmieniło się ciut wcześniej i już było widać poprawę. Z drugiej strony, ona zawsze bezpośrednio po struganiu lepiej sobie radziła z tą rzepką. Ostatnio ze względu na braki czasu :( nieco ją zapuściłam (w jednym przodzie nawet odłupał się kawałek pazura - wstyyyyd...) - i to właśnie WTEDY bezproblemowo podała mi obie zadnie nogi.

Młoda zaczyna z nią trochę pracować w kierunku siodłania, może w przyszłym sezonie będziemy wsiadać - w końcu panna ma już 5 lat i charakter naprawdę bardzo fajny. Gdyby jeszcze czarna była, a nie czerwona...

...no właśnie, konie kategorycznie odmówiły jedzenia dotychczasowego suplementu. W tej stajni on zwyczajnie do siana "nie pasuje" - za mało cynku i miedzi, a ze względu na selen nie mogę zwiększać dawki już bardziej. Chyba to wyczuły i tak jak dwa lata bez problemu wciągały amerykańskie granulki, tak w żłobach zaczęło coraz więcej zostawać. Mnie się udało kupić ładunek dobrych wysłodków - jasne wiórki, fajnie pachnące i wszystkie chętnie to jedzą - więc futrzaki zostały przestawione na przykrojony na miarę suplement od Pana Podkowy. Prosty na razie, trzyskładnikowy - chelat miedzi, chelat cynku i drożdże selenowe (tylko minerały), do tego stale MgO, baza z wysłodków z otrębami pszennymi i garścią sieczki z lucerną. Chcę poobserwować na ile taki skład wystarczy, żeby poprawić kondycję kopyt, później dorzucę pozostałe sugerowane składniki po kolei i zobaczę, czy jeszcze coś się zmieni. Na razie widzę ładniejszy zrost od góry puszki - czas najwyższy, bo róg im się w tej stajni wyraźnie pogorszył - no i obserwuję futro czarnej. Na ogonie jakby nieco czarnego od góry rośnie... może jeszcze będziemy mieć karego konia.

Żeby nie było tak kolorowo, Akord się uszkodził jakiś czas temu. Odbiła mu palma kompletnie, poczuł się ogierem czołowym i... zafundował sobie nakostniaka przy wewnętrznym rysiku na swojej przykruczowej nodze. O ile przy nakostniaku na zdrowym przodzie (dwa lata temu) w ogóle nie kulał, to teraz kuleje. Przez chwilę nawet dość mocno i ścięgno niestety dostało (wyraźnie opuchnięte pochewki nad pęciną), ale jakby powoli się stabilizuje. Dam mu czas, tradycyjnie, zamykać w boksie nie będę, tradycyjnie, tylko znowu straciłam nadzieję, że kiedykolwiek na tego konia będzie można wsiąść, nie szkodząc mu. Póki co koni do jazdy nam nie brak, więc niech żre trawę i świruje dalej.

Na pracę z rudą czasu mało, w porywach bardzo mało. Ostatnio po chyba 3, może 4 tygodniach udało się wybrać do lasu. Przetuptała ze mną na grzbiecie swój życiowy rekord - 50 minut (stępa, oczywiście ;)) - ćwiczymy zatrzymania, trochę skręcania. Zatrzymania już są coraz lepsze, najchętniej w sumie następną sesję zrobiłabym na jakiejś ścieżce pod górę, żeby poćwiczyć lekkie zatrzymywanie przy zejściach. Na zakręcanie kobył reaguje jeszcze odruchem przeciwstawiania, muszę bardzo uważać, żeby pilnować niskich faz i nie zacząć się z nią przeciągać - ale też jest już lepiej. To znaczy jestem w stanie ją odwrócić o 180 stopni i pojechać w przeciwną stronę, chociaż jeszcze nie jest to tak lekkie, jak bym chciała, żeby było. Czego jeszcze NIE mamy - pewności siebie na ciaśniejszych odcinkach. Spróbowałam wsiąść na drodze pod samą stajnią, takiej konkretnie zarośniętej z obu stron krzakami i z wysoką trawą. Niespecjalnie się to udawało - rude koniecznie chciało włączyć drugi bieg, przegonić Wieśka, usztywniła się i ogólnie stwierdziłam, że to nie ma sensu. Ciaśniejsze ścieżki wprowadzamy powoli - na razie z drzewami po obu stronach i trawą pod kopytami już się da jechać. Przez kałuże przechodzi bardzo fajnie - nawet jeśli ma wątpliwości, ale ja jej sugeruję, że nie włazimy w krzaczory na poboczu, tylko idziemy środkiem - to się udaje wynegocjować. Nie wiem jak na otwartej przestrzeni. Na polu próbowałam na nią wsiąść raz, dawno, jeszcze przed pracą na placu. Totalna porażka, była zagubiona i kręciła się w kółko - nie dała się namówić do pójścia drogą. Trzeba by sprawdzić, jak ta kwestia teraz wygląda, w końcu jesteśmy całe cztery ściany dalej...

A teraz krótko niekońsko - do czego może przydać się pulsometr? Po pierwsze, można sobie opomiarować swoje poranne bieganie i stwierdzić, że się już wedle Internetowej Mądrości nie powinno żyć. Tętno wysiłkowe 210 to dla mnie raczej norma i wcale się nie czuję, jakbym miała zaraz skonać. Cóż, przyjmę chyba do wiadomości, bo gdybym chciała się trzymać tabelek, to moim sportem z wyboru byłby jogging biurowy (wstanie od biurka celem zaparzenia kubka herbaty + wycieczka do toalety) - przy takich aktywnościach osiągam sugerowane tętno. Odkrycie numer dwa: założyłam sobie pulsometr i patrzyłam na co reaguje moja dzielna pompka. Później zrobiłam ćwiczenie: postarać się zachowywać tak, żeby serce biło jak najwolniej. Co robiłam? Usiąść wygodnie. Postarać się rozluźnić mięśnie (napięcie większego mięśnia to kilka uderzeń na minutę więcej). Oddychać spokojnie i raczej głęboko (i wstrzymywanie oddechu, i wymuszona hiperwentylacja powodowały skok tętna). Uspokoić się maksymalnie i wyrzucić z głowy wszystko, co stresuje, zajmuje myśli. Efekt? Zeszłam z moich klasycznych 90bpm do 63 ;) Brzmi komuś znajomo? Chyba odkryłam cel medytacji. Może właśnie to spowalnianie serca ma taki efekt, jaki medytujący opisują? W sumie mogę spróbować. Worek z kaszy gryczanej pod zadkiem, buczące dźwięki, tybetańskie mantry i wizje półprzezroczystego kolesia, który emituje róznobarwne światło sobie daruję. Po prostu usiądę w ciszy.

Czasem żałuję, że tak mocno stąpam po ziemi. W sumie fajna ta otoczka.

Brak komentarzy: