Ostatnio znów brak mi czasu na regularną pracę z rudą. Znów miała trzy tygodnie przerwy. Koń w międzyczasie włóczy się nocami po pastwisku (dzień, niestety, spędza w boksie), podżera resztki trawki i tyje. Znowu dwie dziurki popręgu "do tyłu" jesteśmy i pani doktor przy kontroli oka zwróciła uwagę, że wracamy do (kulistej) formy. Cóż... z takim grafikiem "pracy" rozpędzać się za bardzo nie możemy (czego można od konia wymagać, pracując z nim raz na 2-3 tygodnie?). Nie żeby nas to jakoś blokowało - i tak pracujemy głównie nad stępem, głową i sterownością.
Tuptamy więc sobie po lesie. W niedzielę nowa trasa, prawie trzy godziny snucia się i szukania fajnych ścieżek, częściowo z ręki, częściowo z siodła. Ostatnie wyjścia w teren trochę mi konia rozkręciły. O ile wcześniej raczej z ruszeniem był problem, zatrzymywała się dość chętnie, to ostatnich kilka wyjść (przez owady, obecność dużych koni i ogólnie lekko "pospieszną" atmosferę) zawierało nieco więcej nieplanowanych zakłusowań niż bym sobie życzyła. No i efekt jest - koń chętniej zakłusowujący niż zatrzymujący się, plus lekkie nakręcanie. Nie, tego nie chcę - kłus jest OK, ale wszystko ma być w rozluźnieniu i na spokojnie. W związku z tym, i korzystając z krótkonogiego towarzystwa w postaci Wiedźmina, postanowiłam poćwiczyć ładne zatrzymania w terenie na lekkie sygnały. Potrzebne mi to, bo chciałabym np. być w stanie zjechać stępem z górki - a rudzielec gubi równowagę i zakłusowuje. Zatrzymywać jej "na ręcznym" nie mam ochoty. Z ziemi na początku też tak było - poradziłyśmy sobie z tym, ćwicząc zatrzymania, a nawet krótkie cofania na górkach. Planuję powtórzyć to samo z siodła. Na razie pierwszy element planu - czyli zatrzymania na płaskim, po ostatnim tereniku 100% lepsze.
Za jakieś pięć lat może będziemy galopować ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz