Gdy wczoraj
przesiadłam się z Duszka na Truskawkę, taka myśl przyszła mi do głowy: tam orka
na ugorze, tu piórko na wietrze. Po raz
pierwszy potrafiłam się cieszyć z lekkości, jaką ona oferuje. Może to nic
wielkiego, ale dla mnie to kolejny mały kroczek w dojrzewaniu: zamiast się spinać
udalo mi się poddać jej ruchowi. Płynęłyśmy.
Wygląda na to, że
metoda pracy działa: z instruktorką jeżdżę na wędzidle, sama z reguły jeżdżę na
kantarku. Wtedy wymagam od niej tylko utrzymania
chodu i kierunku, co pomaga mi się rozluźnić i skupić na własnych emocjach.
Jasiek (świadomy moich strachów) fajnie to podsumował: jazda na kantarku to
taki odpowiednik jazdy na lonży bez osoby na drugim końcu lonży.
W sobotę trochę popatrzyłam
na Truskawkę z dołu. Jak ona pięknie wyciąga łapy w kłusie... Jak pięknie macha
łapami kłusując przez drągi. Doszłam do wniosku, że ze mną się marnuje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz