2 cze 2013

Brutalna prawda


Po pierwsze Duszek 

Jakiś czas temu zaprzestałam wyjazdów w teren na Duszku na kantarku, bo on jeśli nawet żre trawę non-stop, pod siodłem rzuca się na nią, jakby był głodzony od miesięcy. Nie chciałam się z nim siłować, więc kantarek poszedł w odstawkę. Na ogłowiu łatwiej, bo jak nurkuje do trawy, nadziewa się na wędzidło i tej granicy nie próbuje przekroczyć. Nad czym bardzo ubolewałam, bo jednak teren to taki relaks, rozrywka, luzik, a to wszystko aż wyje do kantarka.

Dziś pojechałam na spacer z koleżanką, ja na Truskawce, ona na Duszku na kantarku. I co ja zobaczyłam? Rude bydle w ogóle nie próbowało swoich sztuczek. Jakby trawa nie istniała: trawa? co to jest trawa? kto potrzebuje trawy?  Szedł rozluźniony, spokojny, żadnych prób przechytrzenia jeźdźca. Po prostu idealny koń terenowy. O żesz, ty naciągaczu wredny! Ja do ciebie z sercem, że jedzenie, że strachy, a ty mnie w konia robisz (jak to Sylwia wielokrotnie powtarzała). 

Nie potrafię przełamać wizji konika-ze-słodką-miną-i-niewinnymi-oczętami, którego trzeba dopieszczać, bo on taki biedny i zagubiony. A  ten biedny i zagubiony doskonale wie, z kim może dyskutować i przekonać do swoich potrzeb. A ja się wciąż nabieram.

Po drugie Truskawka

Ostatnio głównie pracuję nad oswajaniem siebie z Truskawką na Truskawce. Bo pomimo że zrobiłam postęp w stosunku do stanu, gdy bałam się na nią w ogóle wiąść, a jak już wsiadłam, natychmiast zsiadałam, nadal nie czuję się na niej swobodnie i luźno. Chyba już to pisałam: na Duszku jak w crocsach, na Truskawce jak w dziesięciocentymetrowych szpilkach.

Na dzisiejszym spacerku Truskawka była w nastroju chcę-biec-chcę-szybko-chcę-do-przodu. Co oczywiście powodowało u mnie w ataki strachu, może nie jakiegoś panicznego, ale jednak strachu. Po spacerze poszłyśmy na ujeżdżalnię. Powiedziałam: chcesz szybko, proszę bardzo. Nie pamiętam, kiedy tak szybko (a właściwe czy w ogóle kiedykolwiek) na niej kłusowałam i galopowałam. Stała się rzecz przedziwna: po raz pierwszy były to crocsy, szpilki wylądowały w kącie, porzucone i zapomniane. Nie wiem, jak to się stało, może sprawił to kontrast teren otwarty - teren zamknięty, ale czułam się na niej jak na rudym (pomijając fakt, że on tak szybko raczej się nie porusza)

Wniosek: wszystko bierze się z głowy. Czyli z moją głową kiepsko.

1 komentarz:

dea pisze...

Tak, znam to. Kłus rudej pewnie też w mojej głowie, bo jak już stwierdziłam, że chcę zakłusować, to okazało się, że ona idzie "jak stara". Póki co przez drogi porośnięte trawą jeszcze nie jeździmy, nie chcę jej prowokować, ale ciekawa jestem, czy będzie problem trawiasty. Póki co, kantarkujemy i o dziwo czuję się bezpiecznie na moim kucyku - nawet w trybie "to ja może znowu przejdę do kłusa, bo owady tną niemiłosiernie!!"

Aga na Wieśku też kłusowała w sobotę :) Na kantarze! na tym koniu! Same w to nie wierzyłyśmy ;) ale jeszcze póki co na obu kucykach naraz nie siedzimy ;) Powoli - ważne, że są postępy. Ta zima naprawdę coś zmieniła - w naszych GŁOWACH. Taaa...