Zawsze byłam dumna, że Truskawka nie boi się ograniczonych przetrzeni, że wejdzie do każdej ciasnoty, jeśli tylko okoliczności pozwolą. W zeszłym tygodniu przekonałam się, że nie jest to wyłącznie pozytywne zachowanie.
A było tak ...
Zacżęło się od tego, że jakaś niespotykana odwaga przez cały tydzień we mnie narastała. Przejawem i dowodem tej odwagi był pomysł na wyjazd w teren na Truskawce. Dowód na dowód poniżej:

Przypominam, że na Truskawce byłam w terenie chyba trzy razy, może cztery, na Mazurach podczas zeszłorocznych wakacji. Od tamtej pory ani razu nie ruszyłyśmy się poza granice stajni.
Wszystko było super do momentu, gdy w drodze powrotnej wyrosło przed nami drzewo. No, niedokładnie wyrosło, bo było to drzewo martwe leżące nad ścieżką. Objawiło się nagle za zakrętem. I też nie był to widok nowy, bo już tam bywaliśmy, ale je nie rozpoznaję miejsc w lesie, nie odróżniam jednego fragmentu zadrzewienia od drugiego. Więc można rzec, że w pewnym sensie była to dla mnie nowość i niespodzianka. Tym większa, że galopowałyśmy.
Drzewo nad ścieżką leżało na tyle wysoko, że koń pod nim z trudem przejdzie, ale na tyle nisko, że człowiek na grzbiecie tylko w bardzo sprzyjających okolicznościach. Kiedyś próbowałam to zrobić na Duszku, który jest niższy od Truskawki i wtedy, gdy już go przekonałam, że tam nie zginie, w stępie zahaczyłam plecami o pień. A tym razem galopowałyśmy, w dodatku Truskawka strzelała radosne barany. Jak zauważyłam to drzewo, przed oczami mignęły mi sceny z filmów sensacyjnych, gdzie bohaterowii biją się na dachu pociągu, a pociąg wjeżdża w tunel. Nasz tunel ukazał się znienacka i zbliżał się na tyle szybko, że nie zdążylam w żaden sensowny sposób zareagować, nic nie zrobiłam, żeby czarną zatrzymać. Ona ani na chwilę się nie zwahała przed przeszkodą. Odruchowo położyłam się, a za chwilę już biegłyśmy pod drzewem. On przebiegła, ja zostałam. Oberwałam w lewe ramię i łopatkę i ściągnęło mnie na ziemię. Tak mocno mnie grzmotnęło, że z bólu nawet nie poczułam, jak walnęłam o ziemię.
Co najdziwniejsze, ból na tyle szybko minął, że bez problemu mogłam wsiąść i pojechać do domu. Niestety, powrócił dnia trzeciego i do tej pory trzyma.
A tu zdjęcie z powrotu z tego feralnego spaceru. Żeby dojechać do lasu ok. 20 minut trzeba jechać takimi drogami, potem przez pole (na zdjęciu wyżej). Między innymi z tego powodu boję się sama wyjeżdżać. Nie lubię i boję się jeżdzić po drogach asfaltowych, nawet tak rzadko uczęszczanych jak te nasze.
Teraz czekam, kiedy będzie okazja przekonać się, czy moja strefa wygody nie skurczyła się do tego stopnia, że znowu będę bała się na nią wsiąść. Na razie działamy naziemnie, bo boląca łopatka powstrzymuje mnie przed wsiadaniem.


3 komentarze:
Ufff... ostra akcja :/ tak to jest, jak się już człowiek za pewnie poczuje, to musi go coś "sprowadzić na ziemię". Oby się skończyło tylko stłuczeniem/naciągnięciem, nie czymś poważniejszym.
Niezłą masz rakietę!
O tak, energetyczna z niej rakieta. W poniedziałek robiłam z nią CG ze zmianami kierunku i zmianami tempa w ramach chodu w kłusie i galopie. Po 40 minutach po niej nie było widać, że się w ogóle ruszała – wyglądała, jakbym ją dopiero z boksu wyciągnęła.
Zdiagnozowałam samodzielnie, że nic poważnego się nie stało – porównując moje odczucia do odczuć kolegi, który kiedyś miał złamaną łopatkę po tym, jak nim fala miotnęła i cisnęla na piasek. Wyszło mi, że nie połamałam się.
O rany! Ale przygoda! Dawno nie zaglądałam tutaj - super widzieć Cię na Truskawce!:)) Muszę nadrobić zaległości w czytaniu...
Prześlij komentarz