27 sty 2013

Konia wilcy zjedli


Żeby dotrzeć do lasu, muszę przedrzeć się przez zaśnieżone pola, ominąć zamarznięty staw, ominąć miejsca, gdzie pod kopytami pęka lód, bo nie wiadomo, co jest pod tym lodem - wszystko to przypomina mi Baśkę Wołodyjowską uciekająca przed Azją, najpierw konno, potem na własnych nogach, bo "konia wilcy zjedli".  

Kiedy wreszcie ta zima się skończy!  

Dziś z powodu braku towarzystwa do zmierzenia się z wyprawą spod znaku "konia wilcy zjedli" spróbowalam pojeździć na ujeżdżalni. Śniegu jest tyle, że nie wyczuwało się leżącego pod nim zamarzniętego lodu. Kłusować dało się całkowicie swobodnie, na lepszych odcinkach nawet odważyłam się kilkakrotnie zagalopować. Duszek tak tymi krótkimi galopami się rozochocił, że sam z siebie zaczął mi oferować galop. Ale to już było za dużo - jednak na tym podłożu nie czułam się na tyle pewnie, żeby mu na dłuższe galopy pozwolić. 

Żeby wykorzystać tę nietypową jak na niego chęć, zsiadłam, rozsiodłałam i na linie dałam mu się wygalopować - gdyby coś się działo, łatwiej by mu było łapać równowagę bez jeźdźca. Przy okazji poćwiczyliśmy przejścia. Ochota do galopu mu nie mijała, więc spróbowalam przejść stęp-galop. I wychodziły!  Bez żadnych oporów, wahań, zagalopowywał ze stępa jakbyśmy nigdy nic innego nie robili. W tygodniu będę musiała do tego wrócić, żeby się utrwaliło.

Potem wzięłam na to samo ćwiczenie Truskawkę.  Bardzo mnie zdziwiło, że Duszkowi wychodziło to jednak lepiej, mimo że to ona jest koniem do biegania, a on do chodzenia.

Brak komentarzy: