4 lis 2012

Treningu jeźdźca rodeo ciąg dalszy


Dziś czarna czynem przypomniała mi, że jej plan zrobienia ze mnie jeźdźca rodeo jest wciąż aktualny. Tylko dlaczego nie bierze pod uwagę, że jeźdźcy rodeo mają siodła-wspomagacze, a nie izabelę? 

Tym razem było tak, bardziej hardkorowo niż poprzednio:

Kłusowałyśmy,  w pewnym momencie zahaczylam nogą o ogrodzenie i zgubiłam strzemię. W tym momencie nieświadomie musiałam dać jej sygnał do galopu (Truskawka jest bardzo czuła na zmiany pozycji). Ruszyła galopem, w dodatku z prędkością, która zdecydowanie wykraczała poza moją strefę komfortu. A ja, zamiast ją zatrzymać, skupiłam się na łapaniu strzemienia. Przegalopowałyśmy z tym latającym strzemieniem dwa okrążenia, po czym urozmaiciła to zawrotne (w moim odczuciu) tempo pięknymi baranami. 

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby chciała mnie wysadzić, zrobiłaby to zanim bym zdążyła mrugnąć powieką. Ale to był raczej wyraz jej radości, takie barany radości - o, nareszcie biegamy!  I po serii owych wyrazów radości ruszyła dalej dziarskim galopem. Po kolejnej połówce okrążenia udało mi się w końcu złapać  strzemię, usiadłam równo, odetchnęłam i .... oczywiście się zatrzymała. Trochę trwało, zanim doszłam do siebie na tyle, żeby poprosić ją o ruszenie. 

Dzieci są mądrzejsze od rodziców. Jak opowiedziałam w domu o swoich przeżyciach, Jasiek zapytał: ale po co łapałaś to strzemię zamiast ją po prostu zatrzymać?  No właśnie, dlaczego taki pomysł nie przyszedł mi do głowy? 

2 komentarze:

dea i Campina pisze...

No nieźle, dobrze się trzymasz :)

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

eeetam, to był tak zwany cud.