Jest późna jesień, zbliża się zima. Czasu do spędzania z koniem, jak słusznie Truskawkowa zauważyła, zrobiło się raczej niewiele. Jest za to czas na przemyślenia.
Starzy wyjadacze wzdychają zapewne ciężko, stwierdzając, że niechybnie mi odbiło, skoro do licznych dostępnych w sieci, opisujących machanie chorągiewką kompendiów, dodaję swoje. Może tak, może nie. O machaniu chorągiewką będzie raczej niewiele... będzie o tym, czym Friendly Game jest, jak działa na emocje i po co jest tak naprawdę. O tym, jakie można zrobić błędy i jaki potwór wtedy powstaje - z naszego konia, kota, albo... dziecka, co można zaobserwować na ulicach. Gra w przyjaźń na dzieciach? Pfff... naprawdę ostro odjechała...
Jakby tego wszystkiego było mało: myślę, że jest szansa na kilka odcinków, bo śmiem twierdzić, że Friendly Game jest najważniejsza ze wszystkich.
Kiedy potrzebujemy gry w przyjaźń? Zawsze wtedy, kiedy po drugiej stronie pojawia się niepewność, strach, przerażenie albo obawa o życie (takie sobie przepiękne, obrazowe stopniowanie). Jeśli w grę wchodzi niepewność, raczej każdy przewodnik sobie poradzi. Im większy kaliber lęku, tym większym wyzwaniem jest go opanować - albo raczej pomóc partnerowi przez to przejść. To, jak wielki sprzeciw budzi się w zwierzaku, rzadko ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistym zagrożeniem. Nie o rzeczywiste zagrożenie zresztą chodzi. W tym już przewodnika sprawa, żeby zadbał o to, że nikomu się faktyczna krzywda nie stanie. Później pozostaje "tylko" konia o tym przekonać. Mając do dyspozycji wyłącznie linę i carrot-sticka, no, może kilka marchewek. Byłoby o tyle prościej, gdyby można było zwierzakowi po ludzku wytłumaczyć!... Czy aby na pewno?..
Tak naprawdę to nie lina i carrot-stick są ważne, tylko to, co za ich pomocą przekazujemy. Ile akceptacji wymagamy w danym momencie (może na tę chwilę za dużo? za mało?), kiedy odpuszczamy (never release on a brace... it's the release that teaches), czy potrafimy zanurzać nasze wymaganie konfrontacji z lękiem głęboko w "pierwszym L"* (horses don't care how much we know, until they know how much we care). Obawiam się, że nawet gdyby zwierzęta mówiły ludzkim głosem i mowę ludzką rozumiały na wszystkich stopniach abstracji, byłoby z grubsza tyle samo nieporozumień. Skąd te wnioski - ćwiczenie pozostawiam Czytelnikowi.
* - gdyby ktoś nie skojarzył - chodzi oczywiście o podstawę relacji: Love, Language, Leadership.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz