Na tyłach naszego "kompleksu" stajenno-domowego, za ogrodzeniem, oddzielone może 20-metrowym pasem pola, jest jezioro. W czwartek (dzień wolny miałam) zabrałam tam Truskawkę na spacer, żeby ją trochę oderwać od codzienności, czyli żeby przewietrzyć głowę. Do jeziora weszła bez wahania, natomiast cały czas była mocno spięta. Uświadomiło mi to, jak ona mało jest oswojona z wychodzeniem poza teren stajenny. W Mycynach tego nie było - widocznie dzieciństwo tam spędzone tak ją zaprogramowało, że wszędzie czuje się u siebie.
Dziś zabrałam ją na dłuższy spacer - "kierunek las". Naturalnie do lasu nie doszłyśmy, bo w ogóle nie był on w planie (za daleko). Celem był undemanding time i oswajanie z rzeczywistością za ogrodzeniem. Byla równie spięta jak w czwartek. Szłyśmy asfaltem (z radością wsłuchiwałam się w klap-klap-klap-klap kopyt stawianych od piętki), od czasu do czasu robiąc przystanki na przydrożnych łąkach na skubnięcie trawy. W końcu na łące, gdzie zrobiłyśmy dłuższy postój, rozluźniła się. Zdecydowanie musimy to powtarzać.
Potem planowałam pojeździć na Duszku. Ale pomyślalam, że jemu też undemanding time się należy, więc trasę czarnej powtórzył rudy. Też było klap-klap-klap-klap kopyt stawianych od piętki. I na tym podobieństwa się skończyło. Duszek, mimo że z natury bojażliwy, szedł na pełnym luzie. Oczywiście bez chwilowych strachów się nie obyło, ale wyglądało to tak: luzik-strach-uskok-luzik. No i caly czas było widać ten wewnętrzny napęd, czyli parcie na żarcie: kiedy będę mógł jeść? Już? Nie, jeszcze nie? Dlaczego? To może już? Co, znowy nie? Oj, podyskutowaliśmy sobie na ten temat, podyskutowaliśmy.
Gdybym Truskawce poświęciła tyle czasu co Duszkowi, pewnie nawet spacery Marszałkowską by na niej wrażenia nie robiły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz