24 mar 2012

Pierwszy weekend w nowej stajni

Przeprowadzka koni miała efekt uboczny - rozłożyłam się dokumentnie na ponad tydzień. Pierwszy raz od wieków byłam konkretnie chora. Może dlatego, że.. mogłam ;)

Pierwszy raz odwiedziłam futra w zeszłą środę wieczorem (po półtora tygodnia - przeżyły! i nie wyglądały źle ani nieszczęśliwie). Odwiedziny wieczorne i raczej symboliczne, skrobnęłam kopytka Campi i Wieśkowi - trzeba pilnie obserwować kuce, w końcu wiosna jest. Nie chciałabym przegapić pierwszych objawów ewentualnych problemów ochwatowych. Póki co wygląda dobrze - u Campi ściana elegancka i prosta, miska jest, tylko strzałki słabowite - błagają o pracę. Koń też błagał o pracę. Jak mnie zobaczyła z liną, to od razu pakowała dziób w kantar. U Wieśmina ściana przednia trochę popłynęła, więc znowu golimy pazur na zero :( ale chodzi dobrze. Aż za dobrze. Tłuką się z Akordem o Sekwanę. No, takiego przebiegu wypadków nie przewidziałam. Przewidywałam różne konfiguracje tłukących się między sobą bab, a baby akurat stuprocentowo zgodne. Ruda kocha obie duże, Czarna spokojna, Bryś... podobno wymienia okolicznościowe kopniaki z Akordem przy okazji sprowadzania do boksów. Hierarchia się przestawia? A chłopaki się regularnie piorą ;) Trochę są poobijani, ale nic groźnego, póki co, tylko dziury w futrze (liniejącym na potęgę!).

O tak, wiosna przyszła. Ciepło dziś było bardzo. Miła odmiana - przyjechałyśmy do stajni ok. 13 i zdążyłysmy tyyyyle zrobić... Ja się pobawiłam z rudą i glutkiem, wystrugałam Bryśkowe kopytka, Aga wsiadła na Bryś - i jeszcze było jasno. Wrażenia: plac jest fantastycznie duży! Jest ogrodzony, ma fajną, zamykaną bramkę. Konie są na nim SPOKOJNE - byłam zaskoczona, pierwsze zabawy dzisiaj, więc spodziewałam się furkotania w wydaniu obu gorącokrwistych rumaków, nic z tych rzeczy. O tym jak doceniłyśmy spokój koni świadczy wsiadanie na Brysiątko :) Podłoże też lepsze niż w poprzedniej stajni. Może jutro na rudą wsiądę?

A dzisiaj z ciekawszych zadań ćwiczyłyśmy z Campi jeża hula-hopem na szyi (ot, taki spontan) - na boki działało od razu idealnie, chwilę trzeba było porozmawiać o cofaniu, ale w końcu koń załapał. Może się przyda do jazdy z cordeo :) Drugie zadanie: podest z europalety i praca nad świadomością nóg. Głównie z glutkiem mam to zapisane jako TODO, ale i z rudą trzeba dopracować, szczególnie zad. Faktycznie, przodem weszła na podest bez wahania. A zad?... Zatrzymanie się zadem po przejściu przodem dalej - niemożliwe. Kilka razy ją przeprowadziłam, dochodząc od etapu ledwie dotykam czubkiem kopyta i panicznie zeskakuję do przejścia. Stwierdziłam, że nie będę jej zmuszać do zatrzymania, podeszłam od drugiej strony - cofanie na podest. Tego jeszcze nie robiła. W pierwszym odruchu zad oczywiście spłynął na bok, ale po chwili udało mi się wyprosić u niej stanięcie z tylną nogą tuż przy podeście. Poczuła, że go dotknęła, odwróciła się, żeby zobaczyć, skojarzyła... i dostała kawałek marchewki. Taaa... żarcie ją motywuje do skupienia ;) Stoi i gapi się - co dalej? Proszę o cofnięcie - noga w górę i dotknięcie czubkiem kopyta. Po chwili koń stał elegancko wcofany obiema nogami na podeście, bardzo zadowolony z siebie :) Następnym razem spróbujemy (po sprawdzeniu, że cofanie nadal działa) zatrzymać się podczas przechodzenia na etapie "zad na podeście" - to w Łapinie wychodziło, ale tam podest był sporo większy. A późniaj? Na później jest wyzwanie, czy koń mi się cały na tym podeściku zmieści. Będzie się musiał postarać i stanąć jak słonik na piłce, a już tego (całe szczęście!) nie praktykuje :P Rudy pomnik PNH, to byłby już drugi na tym blogu ;)

Z glutkiem za to, po krótkim przypomnieniu, że na człowieka jednak czasem należy zwracać uwagę i nie histeryzować, tylko odpowiadać, zabraliśmy się za realizację celu "mam cztery nogi i wiem gdzie jest każda z nich". W stajni są bardzo sympatyczne "drągi" z miękkiego, piankowatego materiału. Nie wiem jakie jest oryginalne zastosowanie tego, ale dla sieroty potykającej się o własne przeszczepy było jak znalazł. Na początku "drąg" fruwał po całej okolicy, przeciągany w te i z powrotem. Zakończyłam na przestawieniu jednej nogi nad nim, przerwa (na przemyślenie), drugiej nogi... a potem wycofanie się - jedna noga, druga noga i UWAGA - to jest najtrudniejsze - żadna nie zahacza. Trzeba je podnieść. To było TRUDNE. Ale folblut dał radę. Ciąg dalszy nastąpi, mam nadzieję :)

Wieczorem podjechałyśmy jeszcze do Łapina, strugnąć kopytka - jak się cieszę, że nas tam już nie ma... Ogólnie jestem pozytywnie zmęczona po dzisiejszym dniu. Zobaczymy co przyniesie jutro. Może jakieś zdjęcie przyniesie :)

2 komentarze:

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

Kasia, nareszcie wróciłaś naprawdę. Witamy wśród żywych!!!!!

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

A mój rudy pomnik nie ma już na czym stawać. Nasza paleta zginęła śmiercią tragiczną przejechana przez samochód i nie mam nowej. Tzn. paletę bym mogła mieć, ale nie mam czym jej wzmocnić od góry. Mamy za to wysoki pieniek. Ale on nie nadaje się na podstawę pomnika. Starcza zaledwie na przednie nogi.