21 sie 2011

Veni, vidi, vici...

No to wsiadłam... porzuciłam myśl o wbiciu się w bryczesy (łydki, uda, pupa wchodzą, ale żeby się zapiąć na brzuchu to takich cudów jeszcze nie ma), przeprosiłam się ze spodniami trekingowymi w gumkę (bo gumka jak wiadomo wiele wybacza...), osiodłałam konia, sprawdziłam zgięcia boczne, cofanie i wsiadłam. I żeby nie było, że na stępa, bo właściwie głównie kłusowaliśmy.

Na Mentosiu dziesięciomiesięczna przerwa właściwie nie zrobiła żadnego wrażenia - był powolny i leniwy jak zwykle, no ale w sumie nie spodziewałam się raczej niczego innego. To co było ciekawe, to że nasze karenkowanie przenosi się samoistnie na siodło - mieliśmy piękne wyciągnięcia w dół i to na konia życzenie, bo ja nie planowałam tak ambitnych zadań na pierwszą naszą jazdę. Aż strach pomyśleć co będzie jak wsiądę następnym razem...;)

Brak komentarzy: