Każdy z nas pracuje z końmi. Każdy z nas ma coś wspólnego z PNH - niektórzy idą ściśle z programem, inni łączą naturals z najlepszymi elementami szkoły tradycyjnej, niemniej wszyscy uznają, że Pat Parelli wymyślił coś niezwykłego, co otworzyło nam drogę do współpracy z koniem na zupełnie nowym poziomie. Jeśli pracujesz z koniem metodą Pata Parellego i chcesz zostać współtwórcą tego bloga, napisz krótki e-mail w tej sprawie na adres dorota.konowrocka@gazeta.pl
1 paź 2009
Radość, galopy i... kulawizna
Po stwierdzeniu, że Campi nie kuleje wcale, nawet przy próbie zginania, wzięłam ją na chwilę wieczorem na ujeżdżalnię. W planie miałam spróbować wsiąść, jeśli będzie spokojna, jeśli nie, pobawić się z ziemi trochę rozgrzewkowo - przyzwyczając ją do oświetlonej ujeżdżalni, na której wcześniej nie chodziła nigdy. Wiadomo, koniożerne cienie i podobne potwory.
Koń osiodłany - na ujeżdżalnię, pobawiłyśmy się nieco w stawianie nóg na różnych przedmiotach, kawałek kłusa przez drągi i kawaletkę w celu dopięcia popręgu, cofanie do obszaru wytyczonego przez trzy drągi... Skupiła się całkiem nieźle, więc wsiadłam na chwilę. Nooo... na chwilę, bo leader z ziemi zniknął i zrobiło się strasznie. Koń mi zesztywniał, zelektryczniał i stwierdziłam, że pierwszej gleby z rudzielca nie planuję. Żeby skończyć na dobrym - poprosiłam ją o ruszenie, przeszłyśmy kawałek stępem, zatrzymanie i zsiadanie. Cięęężko było zsiąść, ale jednak lepiej niż spadać i robić koniowi dziwne skojarzenia. Pierwsza gleba i tak mnie nie ominie, po co się o nią prosić?
W zamian popracowałyśmy z ziemi, w ramach przyzwyczajania do strasznych świateł - stawianie nogi na i w oponie. Opona była OK, dopóki tylko dotykało się jej kopytkiem. Ale jak się włoży nogę i pociągnie, to ona GONI!! Zrobiłam z tego podstawowy motyw naszych zabaw - doszłyśmy do tego, że Campi nogę włożyła - i wyjęła, nie odskakując.
Zabawy najwyraźniej bardzo jej się podobały, następnym razem przywitała mnie w stajni długim, radosnym rżeniem :) a raczej nie jest to typ gaduły - bynajmniej nie wtedy, kiedy idę bez garnka/miarki żarciowej ;) Tyle w temacie radości.
Niestety, dzień przed tym radosnym przywitaniem, klaczki zestresowały się wiatrem i latały po pastwisku jak dzikie. Odrobina galopu z własnej woli (pogońmy Bryśkę!) już młodej nie szkodziła na nóżkę, ale takie coś niestety dało efekty - kulawizna wróciła, więc uradowane zwierzątko zabrałam do... strzyżenia pęciny. Wracamy do laserów i krioterapii. Przy okazji będziemy też "naświetlać" wiedźminowy staw kopytowy. Może i jemu pomoże.
Poza tym na klaczkowym padoku skończyła się trawa. Prędzej czy później będziemy musiały puścić wszystkie trzy kulawce + Brytanię razem. Tam pole jest większe, trawa jest, ale są też... nieodrobaczone kupy zostawione przez sopocianki w podarku. Dopiero parę dni temu udało się wynegocjować skoszenie tego pola, teraz trzeba by rozwłóczyć te paskudztwa i zostawić na miesiąc w słońcu... niemożliwe... nawet jakby rozwłóczyli i wytrzymałybyśmy miesiąc, to w słońcu już nie będzie. Posprzątanie tego wszystkiego z dużego pola - podobnie niemożliwe, musiałabym mieć batalion wojska do pomocy :(
...no i muszę wpuścić Brysię na zarobaczone pastwisko :( :( :( Trzy miesiące chodziła odizolowana, wygląda jak malowanie, czuje się rewelacyjnie i dokazuje, jak na młodziaka przystało. Boję się. Gdybym tylko mogła coś z tym zrobić...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz