25 cze 2009

Emotional fitness



...czyli jak trudno czasem panować nad emocjami.

Na przykład wtedy, kiedy przyjeżdża się po kilku nieprzespanych nocach, zostawiając jeszcze stabilizującego się konia w klinice i widzi się na padoku, na który ma pójść po powrocie, dwa konisie, odrobaczane ostatnio - hmmm... a kto to wie?... - badane na obecność jaj w kale - hmmm.. nigdy?.. i widzi się dwadzieścia cztery potężne kupy na trawie.

Wystarczy wyjechać na parę dni - na jakiś relaksacyjny wyjazd typu SPA, np. do służewieckiej kliniki - i nie latać codziennie z taczką, i już nieważne są bolące plecy od codziennego zapieprzania przy gównach, nieważne są odciski na łapach, jak u wiejskiej baby, od łopaty, wideł i taczek, nieważne jest wszystko, co robiłam, podpierając się nosem, uchem, rzęsami, co tam akurat najbliżej ziemi było, nieważne, co robiłam, myśląc - to dla Brytanii, wytrzymać, jeszcze trochę... nieważne jest to wszystko... bo przecież.

Bo przecież. Ona myślała. Że my tylko sprzątamy. Jak Brytania jest. A Brytanii nie ma. Więc. Można. Srać. Gdzie. Się. Chce. Przecież. To NIE PROBLEM. Puścić konia. Gdzie się chce. Jak padok. Jest WOLNY.

Sprawdzian. Z emotional fitness. Niniejszym. Oblałam. Z kretesem.

Podobno dwie rzeczy nie mają granic - Wszechświat oraz ludzka głupota. Przy tym - co do Wszechświata nie ma pewności.

Dobrej nocy dobrym duszom. A tym bezmiernie głupim, życzę, aby śniły im się końskie gówna dzień w dzień przez dwa tygodnie. Jako i mnie się śniły. Bo jak się coś robi non stop, to się to śni, wiecie? Ciekawe, prawda?

1 komentarz:

moniawez.blog.pl pisze...

Trzymam kciuki za Bryśkę...
Czekam na dalsze informacje dotyczące stanu jej zdrowia :(

p.s dodaję do linków na moim blogu.