29 cze 2009

Optymistyczna notka




Już dawno miała być optymistyczna notka ze zdjęciami. Miała pokazać zapoznanie Wiedźmina z Luckiem oraz "dalszy padok" na który poszły klacze. Zapoznanie opiszę osobno, na razie fotki padoku. To jest widok od strony stajni, a właściwie z ujeżdżalni przed stajnią:


Tutaj nieco bliżej:


Tak było przed kolkami...:



...i miejmy nadzieję, że niedługo znowu tak będzie - tylko trawa nieco niższa, Lucek wyjadał ją pilnie w międzyczasie. No i Campina trochę też.

Trochę psychologii porównawczej... :)

Lucek może sobie chodzić na wybieg sam. Ponieważ chodził sam przez ostatnie 4 lata życia, nie szaleje bez towarzystwa innych koni. Jest po prostu szczęśliwy, kiedy ma towarzystwo. Ale funkcjonuje bez niego całkiem nieźle. Chodzi więc sam na to dalsze pole, teraz, kiedy jest chwilowo wolne. No i wraca sobie z niego, cyrklując wokół prowadzącego człowieka jak latawiec i skubiąc trawkę w przejściu, co najmniej jakby ostatnich kilku godzin nie spędził w wysokiej trawie.

Campina podczas pobytu Brysi w klinice większość czasu spędziła w boksie. Parę razy wyszła na bagienko za gnojownikiem z jakimś wałachem do towarzystwa - bo ona dla odmiany sama chodzić nie może. Od zawsze ze stadem, zawsze bardzo stadna, łatwo się "nakręcająca", raczej gorąca z charakterku... W tej chwili wybitnie nie mam ochoty narażać jej na stresowe, dzikie galopady (ze względu na kontuzję nogi). Mogłaby teoretycznie chodzić na tę dalszą łączkę, ale nie ma z kim (nie chcę tam wpuszczać żadnego nieodorobaczonego ostatnio konia, bo docelowo ma tam pójść Brysiek), a sama nie może - raz spróbowałam - i potem chłodziłam nogę ;)
Wczoraj ruda wyszła na trzy godziny... ze mną.


I to jest pierwszy od dawna delikatnie związany z PNH motyw ;) bo niesamowita jest zmiana jaka dokonała się w tym koniu. Charakter ma, jaki miała, nadal jest gorąca, wrażliwa, ciężko znosi przebywanie samotnie, ale kiedyś byłoby zupełnie nie do pomyślenia, żeby towarzystwo człowieka zastąpiło jej konie albo działało na nią uspokajająco. Jeśli konie znikały, albo widziała gdzieś przechodzące w oddali, odfruwała i moja obecność była zupełnie nieistotna (ależ to było frustrujące... pamiętam niejdną bezsensowną "bitwę" z nią). A jak było wczoraj? Delikatny stres jak tylko puściłam ją z liny, podeszła do bramy i zarżała - zawołałam ją, przyszła, poskrobałam chwilę, zabrała się za trawę. Później jeszcze stres, kiedy z sąsiedniego pastwiska konie zeszły do stajni - znowu wystarczyło ją zawołać, uspokoić głosem - wróciła do skubania trawki. Kiedy zbliżała się godzina powrotu, po prostu ją zawołałam, przyczłapała do mnie, wpakowała nos w kantarek i spokojnie poszłyśmy do stajni. Niech żyje PNH :) jestem pewna, że to się nie zrobiło samo... widzę w końcu np. Lucka, który jest tylko rok młodszy od niej i zupełnie nie dostrzega obecności ludzi, nie mówiąc o postrzeganiu ich jako partnerów do jakiegokolwiek dialogu.

Pozytywnie, pozytywnie :)

Dzisiaj jeszcze wieczorkiem wyprowadzę rudzielca. A jutro od rana jadę po Brytanię na Służewiec - mówią, że wszystko z nią w porządku. Na początek pójdzie na zmianę z wałachami na to mocniej wygryzione pastwisko, żeby nie najeść się za dużo trawy. Powoli ją przyzwyczaimy i docelowo wróci na padoczek ze zdjęć. Będą się obie wietrzyć cały dzień, a mnie może wróci spokój ducha ;) Chociaż jeszcze czeka diagnoza rudej łapy, odstawiona na bok w związku z brysiowym brzuszkiem...

Brak komentarzy: