
Wiedźmin już nie ma urazu do kolca - ale miał faktycznie małe wątpliwości następnego dnia po akcji z przełożeniem języka. Teraz już całkiem ładnie na nim chodzi, wygląda na to, że będzie to zamiennik kantarka sznurkowego, dopóki jego wyskoki zupełnie nie zanikną (po rehabilitacji też). Trochę liczę na to, ze wyskoki zanikną szybko, jak tylko będzie miał możliwość swobodnego ruchu. Teraz - widać, że czuję się dobrze i zdecydowanie roznosi go energia. Wczoraj i dzisiaj puściłyśmy go na chwilę luzem na ujeżdżalni (dobre podłoże, żaden koń go tam nie zmusi do biegania). Chyba dopiero dzisiaj dotarło do niego, że naprawdę może się poruszać - wczoraj zrobił kilka galopkowych pętelek z podskokami, ale głównie stał przy bramie. Dzisiaj sporo więcej biegał, pokwikiwał, skakał z czterech kończyn, robił zwroty, nawet trochę pobawił się ze mną w rodzaj dynamicznego jojo na wolności - fajnie było :D - nikt go nie ganiał, nie sądzę, żeby tak świrował, gdyby go coś bolało. Oczywiście przed puszczeniem miał przymusową grzeczną rozgrzewkę na kolcu stępem ;) Po wczorajszych pierwszych szaleństwach zero oznak kulawizny czy różnic w ciepłocie kończyn.
Wnioski weterynaryjne: koń czuje się dobrze, można go puścić do stada (w międzyczasie przybyły dwa nowe konie!!). Boję się tylko drogi na pastwisko - biegów po kopnym błocie i nierównej powierzchni z kamieniami, szczególnie u nierozgrzanego konia prosto z boksu po nocy. W związku z tym wymyśliłam, że jeszcze jutro przyjadę, wyprowadzę go sama do koni rano, koło południa znowu przyjadę, zbiorę z pastwiska do stajni (optymistycznie zakładam, że da się złapać, hehhee). Wieczorem ma być wet - jeśli będzie, to pokażę i spytam, czy możemy puścić stwora. Jesli wet nie dojedzie, a kopyto nie będą grzało to... ryzykujemy i we wtorek hucuł idzie biegać. No.
Wnioski kolcowe: Wiedźmin zdecydowanie kolec szanuje i uczy się kontrolować swoje emocje. Nawet jesli się spłoszy, to podskakuje w miejscu albo hamuje po kilku krokach - wygląda to dokładnie tak, jak zachowanie rudej na kantarku sznurkowym. Utwierdzam się w przekonaniu, że sznurki to też ostre narzędzie dla sporej części koni, a dla niego... cóż, zbyt łagodne na początek.
Dzisiaj W. fajnie zareagował na zdjęcie kolca w boksie. Chyba skojarzyło mu się z wolnością, którą ma ostatnio reglamentowaną. Wygenerował swoje charakterystyczne radosne uuiii! paszczą. Tyle że nie wystartował galopem, bo nie było dokąd ;)
~~
Niestety, to nie koniec weterynarii. Bryśka płynnie przejmuje dyżur. Biegunka potworna, apatia znowu jak na początku, doły nad słabiznami, żebra na wierzchu, wielki, ciężki, wiszący bandzioch. Załamka. Jutro planuję zadzwonić do innego weta i spytać, czy podejmie się ją leczyć, bo nasz obecny chyba uważa, że jeśli nie ma kolki, to nie ma nic do leczenia. A i kolek leczyć nie lubi. Nie chcę czekać na drugą kolkę :( Dobija mnie ten jej brzuch :(
~~
Planowałam z rudzielcem poćwiczyć ósemki w kłusie i wsiąść trochę - pogoda była taka ładna... ale oczywiście weterynaria pochłonęła mnie w 100% i nie dało rady. Echhh... frustruje mnie to.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz