1 kwi 2009

Mr Hide...



Najświeższe wieści z linii frontu (dzisiaj młoda sama w stajni) - Wiedźmin był spokojny i wszystko było w porządku, dopóki nie wykombinował, że przełoży język nad kiełzno. No cóż, to nie był dobry pomysł... Oczywiście wygodnie mu nie było, klaustrofobia konkretna, więc przełączał się między spłoszeniami a buntami. Dalej była już tylko walka.

Zastanawiam się, co bym zrobiła, gdybym była na miejscu - myślę, że mimo wszystko jak najszybciej przekiełznałabym potwora z powrotem NA język. W końcu to nie problem, a skoro to była przyczyna... Swoim zachowaniem dawał sygnał, że mu w tej sytuacji niewygodnie. Na swój wiedźminiasty sposób prosił o pomoc.

Coż, nie ma co gdybać - w takich chwilach rzadko się myśli, jeśli się czegoś nie przewidzi, to się najczęściej brnie bez sensu do wcześniej postawionego celu. Sama przez to przechodziłam i zapewne jeszcze nie raz tak zrobię. Zobaczymy, czy się Wiesiek nie zraził.

Im dalej w PNH tym jaśniej widzę, że wdawanie się w walkę trzeba ograniczać do minimum - tak naprawdę każda taka walka jest w jakimś sensie przegrana. Bo zostawia wspomnienie źle, niemiło spędzonego czasu obu stronom, nie buduje związku. I nic tu nie zmienia udowodnienie czegoś (że mam rację) bądź nie. Bo po takiej sesji jest obustronny niesmak.

Krótkie i skuteczne "sprowadzenie na ziemię" nie ma takich cech.

Dlatego efektywna faza 4 zamiast ciągłego podszarpywania 2 i 3 jest taka ważna, dlatego zamiast siłowania się na sznurkach i "karania" wymyśliłam kolec.

...

Powiedzcie, nie tylko do koni się to odnosi, czyż nie..? ;>

Brak komentarzy: