30 mar 2009

Dr Jekyll i Mr Hide

...czyli sadystki za wszelką cenę chcą odzyskać kontrolę nad koniem.



Tak jest, to nie pomyłka. Na blogu naturalsów pojawia się w użyciu narzędzie zbrodni jeszcze_gorsze_od_wędzidła. Chodzi o kolec, czyli metalowe kiełzno do poskramiania dzikich ogierów (buahaha). Długo myślałam, zanim zdecydowałam, że tego potrzebujemy - na razie myślę, że to dobra decyzja. Przyznaję się otwarcie i ciekawam, czy mnie zjecie :> Poniżej postaram się wyjaśnić dlaczego podjęłam taką decyzję.

W kilku słowach - chodzi oczywiście o Wiedźmina. W jego przypadku stwierdzenie, że koń jest kontrolowalny na sznurkach, okazało się ściśle teoretyczne. Jak Wam pewnie wiadomo z moich wcześniejszych notek, chłopak wymyślił sobie sposób na człowieka, na strachy i na bunty - wyrwanie się i rura do przodu. O ile część "sposób na bunty" udało się w miarę opanować poprzez pracę nad jego psychiką (Aga, publiczny szacun za to, co z nim osiągnęłaś!), o tyle szybsze niż myśl reakcje w momencie spłoszenia nie zmieniły się na lepsze - za to zdecydowanie zyskały na sile i determinacji.

Nie pomogło nam to, że bohater tej notki doznał kontuzji stawu kopytowego i stał w boksie przez dwa miesiące, co naładowało go pierwotną huculską energią po czubki owłosionych uszu. Teraz ma zalecenie dwóch tygodni codziennej rehabilitacji w stępie, żeby staw powoli i w kontrolowany sposób rozruszać i nasmarować, zanim pójdzie szaleć na pastwisko z towarzystwem.

Od tygodnia walczymy z nim na sznurkach, żeby poruszał się spokojnie w stępie po ujeżdżalni. Pierwszego dnia trochę się wyrywał, ale nieskutecznie. Drugiego dnia poszedł na dwóch linach (dwie osoby), wyrywał się nieskutecznie. Trzeciego dnia wygladało, że się poprawia - wyciągnęłam niesłuszny wniosek, że codzienna praca mu służy, przyzwyczaił się do swoich obowiązków i będzie lepiej. Później nawet wzięłyśmy go samego wieczorem, było ciemno i pusto na ujeżdżalni, tuptał z nami grzecznie, tylko parę razy zafurkotał. A następnego dnia coś nas podkusiło, żeby zapalić światła na ujeżdżalni. W efekcie powstały Straszne Koniożerne Cienie Na Piasku, które atakowały nieulękłego Wiedźmina ze wszystkich stron. Postanowił ratować życie i... wyrwał się skutecznie. Poleciał do stajni. Poleciał do boksu, powiewając obiema linami. Sesja cofania po korytarzu stajni (przekaz: w stajni NIE jest fajnie, kiedy sam tam wrócisz) + powrót na ujeżdżalnię, tym razem zamknęłyśmy wyjście drągiem. Było całkiem pozytywnie, do momentu, kiedy nadjechał koniożerny samochód. Najpierw było go bezczelnie słychać, potem bezczelnie zaświeciły światła zza zakrętu, potem się bezczelnie wyłonił (Wiedźmin cały czas wytrzymuje, głowa podniesiona i wielkie oczy), a nastęnie bezczelnie po samochodowemu zaparkował i wyłączył silnik. O nie, tego było zbyt wiele. Po raz kolejny potrzeba ratowania życia zwyciężyła i wyrwał się skutecznie po raz drugi tego dnia. Zatrzymał się przy drągu. Przechwyciłyśmy go tam i chodziłyśmy do względnego uspokojenia. Kiedy względnie wyluzował i zabrałyśmy się do wyjścia, przyszedł gospodarz pensjonatu i postanowił oszczędzać prąd. Wyłączył nam światła. Włączył latarkę. Myśl "zaraz go zabiję" równocześnie pojawiła się w głowie mojej i Agaty. Wiedźmin zafurkotał i poderwał głowę - no ale już wróciłyśmy do stajni. Z poczuciem rozdrażnienia i porażki....

Następnego dnia - znając swoje emocje - stwierdziłam, że nie nadaję się do kontaktu z koniem. Nie pojechałyśmy do stajni i kolega W. miał dzień przerwy w rehabilitacji.
Później była sobota, dzień, towarzystwo konia starszego hierarchią, którego szanował, maksymalnie dobre warunki. Koń jeszcze na sznurkach... Niestety, nadleciało UFO: zrobiła się szarówka i zapaliły się światła przy głównej ulicy, odległej o jakieś 2km od stajni. Nad horyzontem rozjarzyły się maleńkie świetlne punkciki (które, jak wiemy, zjadają Wiedźminów na kolację). Nagle i spontanicznie, z konia z opuszczoną głową, tuptającego sobie zgodnie między nami, wyczulonego na naszą energię, robiącego przejścia stęp-stój-cofanie na najdelikatniejsze sygnały, nawet zmieniającego tempo stępa w synchronizacją z naszą energią, zrobił się potwór z załączonym trybem "do przodu, choćby i po trupach". Wyrwał się. Skutecznie. Pogalopował przez drugą, otwartą bramę ujeżdżalni w stronę pastwiska (pustego), zatrzymał się, pogalopował z powrotem - kita w górze, liny powiewają, no piękny widok. Trochę mniej piękny był późniejszy widok - lekko znaczył w kłusie.

W tym momencie podjęłam decyzję, że nie możemy akceptować takiego zachowania - bo jest niebezpieczne, dla niego samego, dla ludzi, dla innych koni (zwiewając poza kontrolą poprzednim razem "zagarnął" ze sobą klacze i pogalopowały w trójkę w stronę stajni - w terenie, winny był wtedy akurat rower-wiedźminożerca - dobrze, że ruda w miarę szybko wróciła na ziemię i dała się przywołać...). To zachowanie trzeba przerwać wszelkimi możliwymi sposobami. Ono musi się BARDZO nie opłacać. Najwyraźniej powrót do ćwiczenia, które sprowokowało odlot czy większa dawka roboty nie działają wystarczająco. Pewnie dlatego, że to już ma znamiona kary, nie niewygody (jest opóźnione w czasie). PNH mówi, że niewygoda musi przyjść w momencie i dokładnie w momencie wystąpienia niepożądanego zachowania. Nie po. Nie przed. Dokładnie w momencie. I najlepiej, żeby koń sam ją sobie zadał. Sznurki nasz bohater, razem ze średnicą linki i węzełkami, ma w głębokim poważaniu.

Dlatego kolec.

Kolec został pożyczony, przymierzony i zastosowany - wczoraj. Chłopak przyjął go do paszczy bez większych obiekcji - memłał oczywiście, bo nie jest przyzwyczajony do żelastwa w pysku, ale chwilami nawet przestawał - przytrzymywał i niósł. Więc nieźle. Kolec po prostu założony nie wyglądał, jakby sprawiał koniowatemu szczególną niewygodę.
Poszłyśmy na ujeżdżalnię - ja z Brysią dla towarzystwa, Aga po raz pierwszy od tygodnia sama z huckiem, na kolcu i długiej linie (lżejszy karabińczyk, żeby nie działać bez potrzeby). Konio chodził całkiem spokojnie, do momentu, kiedy pierwszy raz się "spłoszył". Spłoszył, wystartował i... wyhamował równie pięknie, jak ruda na halterku, te kilka lat temu. Zdziwił się bardzo. Później było jeszcze kilka spłoszeń, kilka buntów z charakterystycznymi odgłosami paszczą, o rosnącej sile. Raz zamiótł Agą nawet mimo kolca... ale utrzymała go. Wyraz zdziwienia na jego paszczy był niesamowity... Niestety bolało, to było widać, parę razy otworzył ryjka szeroko, zaślinił się jak dziki. I tyle. Skaleczeń nie było. Czy coś sobie "odbił", zobaczymy dzisiaj. Jak zareaguje na to potworne kiełzno po raz drugi, zobaczymy dzisiaj. W każdym razie - póki co - działa. I oby działało. Oby mu się sufit wyprostował i oby się udało szybko wrócić na sznurki... Bo na pewno nie mamy zamiaru pracować z nim na stałe na "brzytwach" i "łańcuchach rowerowych".

Jeszcze tak ogólnie - tło:
Wiedźmin ma dwa tryby pracy. Jeden - bazowy - to koń spokojny, głowa w dole, myślący, skupiony, reagujący na sygnały, nie wchodzący w strefę człowieka, ogon rozluźniony majta się swobodnie na boki - chcę, żebyście zobaczyli ten obraz, nieszkodliwego, miłego, współpracującego kurdupla, ustępującego od lekkiej presji, zarówno typu jeżowego jak i od sugestii. Pięknie działa ustąpienie zadem, oddawanie głowy w postaci zgięcia bocznego - lżej niż u rudej i Brysi. To jest efekt pracy Agi i naprawdę duża zmiana. Mam wrażenie, że on człowieka szanuje. W tym trybie. A potem jest drugi tryb - w tym trybie jest to jakieś 400kg rozpędzonego mięśnia, z twardą jak stal szyją, której nie sposób zgiąć, z zadem, który ani mysli się odangażowywać, jest to torpeda pędząca do przodu ile fabryka dała, absolutnie nie zważając na to, co po drodze. Ten Wiedźmin człowieka nie szanuje. Co go przełącza? Ano, cień. Światła nad horyzontem. Albo wymaganie, które go odrobinę przerasta. Cokolwiek, co może choć odrobinę go przestraszyć - i odlot jest absolutny.

Dwa konie w jednym ciele. Dr Jekyll i Mr Hide. Pan Hide nam się nie podoba. Czy kolec uświadomi mu, że jest nieproszonym gościem w naszej stajni, czy też okaże się, że i ta strategia nie działa - czas pokaże. Jedno jest pewne - COŚ trzeba zrobić, bo użycie tylko PNHowych narzędzi zaczyna stać w sprzeczności z PNHową psychologią...

Na pewno jedziemy z nim na kurs, bardzo ciekawa jestem, co Berni powie na jego temat. chciałabym dowiedzieć się, jak nauczyć go znosić presję. Ale to dopiero jesienią - jakoś trzeba dożyć do tego czasu.

Czas na lincz, drodzy czytelnicy, czas na lincz :)

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

brawo nareszcie stajecie sie asertywne:)

dea i Campina pisze...

Nooo... nie zgodzę się, asertywne to byłyśmy od początku, tylko że dowolna dawka asertywności na sznurkach spływała po Wieśku jak po kaczce... to nie sprzęt zmienia psychologię. Sprzęt to tylko... no własnie, sprzęt.

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

Jak dla mnie to efektywna faza 4, którą sam sobie wymierza. Tak jak Pat czy Linda gdzieś pisali, że trzymali chyba otwarty scyzoryk, na który koń się nadział czy jak sztandarowy przykład PG czyli koń nadziewający się na kolec. A tu macie gwarancję, że rekacja będzie natychmiastowa.

Ale nadal nie rozumiem: gdzie w tym urządzeniu jest to, co konia kłuje?

dea i Campina pisze...

Może tam, gdzie w wędzidle to, co konia uwędza? ;)

Myślę, że chodzi o to, że ten metal jest dość cienki, więc ostry. Dlatego kłuje (w język? w dziąsła? pewnie jedno i drugie).

Unknown pisze...

Ja mam podobny problem z Ejenem, z tym, że jestem go często w stanie utrzymać na samym halterze, ale nie zawsze (to zazwyczaj zależy od mojego refleksu, czyli czy zdążę odpowiednio wcześnie machnąć liną, bo jak nie zdążę, to go żadna siła nie jest w stanie zatrzymać). Na początku mojej z nim pracy płoszył się non stop, nie szanował człowieka, podobno przy zabieraniu z pastwiska przebiegał po ludziach, komuś złamał rękę. Teraz udaje mi się go przez jakiś czas mieć w lewej półkuli, ale jak go coś przestraszy, to koniec, żadne tam cofania i chody boczne nie pomagają, koń jest totalnie podminowany i prędzej czy później mi się wyrywa. Mój największy sukces to to, że ostatnio zatrzymał się z pełnego galopu przed dziewczyną, która przyszła go złapać. Także wiem co czujecie, ostatnio się totalnie poddałam po kolejnej takiej akcji...