8 gru 2008

Good things come to those who wait



Nie, nie reklamuję piwa :)

...ale slogan uważam za trafiony. Wczorajszy dzień PNHowo zdecydowanie mogę opisać jako oczekiwanie, ponieważ moje zabawy z Campiną sprowadziły się do... łapania się na pastwisku. "Normals" nawet by tego nie uznał za interakcję z koniem ;)

Zaczęło się, już tradycyjnie, od koni na drugim końcu pastwiska. Poszłyśmy do nich. Zobaczyły nas, zaczęły mysleć nad tym faktem - i wtedy stado wpadło na genialny pomysł, że przejdzie się bliżej stajni - ruszyły kłusem, później galopem - w naszym kierunku, minęły nas i poleciały pod bramę. No, prawie wszystkie. Campina z galopu wyhamowała przy mnie i przyszła się przywitać. Pogłaskałam, dałam marchewę i razem ruszyłyśmy w kierunku odchodzącego stada - pewnie powinnam była wziąć ją na linę, ale tego nie zrobiłam. Przez pewien czas szłyśmy sobie razem na wolności, ale później stadność zwyciężyła w rudzielcu - zwierzę poleciało galopem i dołączyło do pozostałych. Stanęłyśmy z dziewczynami dość blisko stada - Wiedźmin i Brytania dosyć szybko namierzyły swoich ludzi i zameldowały się przy nich. Ale rude nie... zastanawiam się dlaczego - może dlatego, że uznała, że już się przywitała? Może dlatego, że w podobnych sytuacjach (jak ode mnie uciekała), najczęściej goniłam za nią - OK, długo nie trzeba było gonić, szybko zawracała i przychodziła, ale powstał taki pattern. Jak nawet nie ganiałam, to szłam za nią, podchodziłam bliżej i ona pozwalała się "zakantarkować" - więc może stwierdziła, że zaraz po nią przyjdę? A może powód był jeszcze inny? Nie będę tego wiedzieć. Wiem tylko, że (nie wiem dlaczego akurat wczoraj) stwierdziłam, że nie będę po nią iść, ganiać jej. Poczekam, aż ona do mnie przyjdzie - i to nie z odległości 5m. Może po prostu czułam, że młoda chce iść do stajni, bo było zimno, padał deszcz, trawy za dużo nie było w okolicy, a na dworze ze stadem była już 5h, więc się wybiegała. Może wyczułam, że czas zmienić schemat, podobnie jak niedawno zmieniłam poprzedni "uciekam kawałek, a człowiek mnie goni, później przychodzę" na "przychodzę albo przybiegam do człowieka" :)

Ustawiłam się więc tak, żeby mieć pewność, że mnie widzi - i niewiele poza tym. Zawołałam, zachęciłam do podejścia - spojrzała na mnie i zaraz odwróciła się w kierunku stada. W międzyczasie mama i Aga zabrały pozostałe dwa sierściuchy do stajni - rude patrzyło za nimi zamyślone i zadziwione bezdennie, że zostało. Stała tak, jak mały słupek - co jakiś czas patrząc w moją stronę - a ja - ani kroku w jej kierunku. Tylko tyle, że, ile razy spojrzała na mnie, uśmiechałam się i wyciągałam do niej rękę. Nie robiłam nic więcej, bo widziałam, że "psychicznie stoi" - nie podjęła decyzji o przyjściu. Raz czy drugi weszła w krótką interakcję z innym koniem - przestawiła Bilona, machnęła paszczą do jeszcze jakiegoś... przy okazji zajmowałam się obserwacją zabaw między pozostałymi końmi, chłodna pogoda zdecydowanie je ożywiła. Siedziałam tak z 5, może 10, a może i 15 minut. Zwierzę zaczęło ziewać. Hmmm... how interesting..., czyżby jakiś stresik?.. Później to była tylko kwestia czasu - spojrzała na mnie - odwróciła się. Spojrzała. Spytała? Wtedy był moment na krok do tyłu i zachętę - ruszyła w moim kierunku. Kiedy zaparkowała przy mnie, żucia było co niemiara. Poszłyśmy sobie do stajni, na drobną przekąskę (dajemy im jeżówkę z marchewką i kerabolem), a później był koniec przyjemności - zwierzę dostało furę siana pod nos i musiało na przemian podnosić przednie nogi ;) czyli kopytkowanie.

Przednie kończyny doprowadzone do porządku, w tylnych poprawiłam tylko ściany wsporowe. Ten tarnik jest zbyt tępy, żeby zjechać 0,5cm albo i więcej piętek, które jej tam kowal wyhodował :( Zamówiłam tarnik w jeszcze jednym sklepie, mam szczerą nadzieję, że wreszcie dotrze jakiś ostry. Ciekawostka: w jednym z przednich kopyt jest pęknięcie ściany w okolicy piętki, podejrzewam, że gdybym nie zaczęła werkować jej "na nisko", tutaj pojawiłby się następny odprysk. Jeszcze jedna ciekawostka, jak jest tak mokro jak teraz, to kopyta świetnie ścierają się same - było mniej do roboty niż poprzednim razem :) no i samo tarnikowanie tępym tarnikiem nie było aż tak męczące - ale i tak za bardzo, żeby brać się za następne kopytka... a chciałam już przody Brysi zrobić, bo się brzydko rozlewają.

Dzisiaj będzie "nasz eks kowal" - do innych koni. Pojadę, pogadam z nim, ciekawa jestem jego opinii. A poza tym - dzwonię dzisiaj do innego i spytam, czy zrobi kopytne pod moje dyktando. Echhh... żeby dzień był dłuższy, pojeździłabym do stajni nawet codziennie, aż by się udało wszystkim trzem kopytka naprostować. Ale tak? Nie ma kiedy....

EDIT: Przekleństwo z tymi tarnikami. Człowiek ze sklepu zadzwonił, że nie mają i wyślą za tydzień. Ciekawe czy z tego tygodnia zrobi się miesiąc, jak w poprzednim sklepie. Wygląda na to, że moim przeznaczeniem jest wyrabianie mięsiorów orką na ugorze :)

3 komentarze:

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

No to rzeczywiście jakaś klątwa tarnikowa na Was spadła! Może przekleństwo rzucił aktualny kowal, żeby klientów nie tracic.

Ja tez mam mniej roboty z kopytami, ale nie wpadłam, że się same bardziej ścierają ze względu na wilgoć. Poniewaz u nas podłoże miękkie, mam wrażenie, że same w ogóle nie ścieraja.

Już nie pamiętam, kiedy ostatnio Duszek do mnie nie przyszedł na padoku. Jak była trawa,konie chodziły po większych padokach i wtedy Duszek przykłusowywał lub przygalopowywał. Teraz trawiaste odpoczywają i konie są na mniejszych - Duszek przychodzi stępem. Cieakwe, kiedy Truskawka zacznie sama przychodzić. Raz to się zdarzyło, ale był to czysty przypadek. Inaczej przyszła niż przychodzi Duszek, nie było to przyjście do mnie, tylko do człowieka (ha, ha, to dopiero wariactwo - rozróżnianie, jak konie przychodzą!!!)

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

Aha, jeszcze nawiązując do tytułu posta - jak się naczekasz, to dopiero super tarnik dostaniesz!!!

dea i Campina pisze...

No cóż, rude nigdy nie bylo typem wylewnego, rozpieszczającego mnie zwierzęcia. Do niedawna zazdrościłam dziewczynom, że ich świeżo poznane konie (Wiedźmin i Brysia) czerpią dziką radość z bycia drapanymi, robią dzióbki i nadstawiają bardziej swędzące miejsca, a Campina stoi z miną "jeśli już musisz, to mnie drap.". Teraz sytuacja wygląda inaczej, Campi polubiła czochranie, chociaż nadal ma humory. W tym przychodzeniu na pewno trochę jest schematu, trochę jej charakteru przekornego (w końcu kucyk ;)) a trochę wyrażania opinii o tym, co robiłyśmy poprzednio ;)


Kowal był wczoraj wcześniej niż zapowiadał, nie widziałam się z nim :( Widziałam za to kopyta, które zrobił - wystrugana podeszwa, wystrugane "na skos" ściany wsporowe. Brrr... a właścicielka kopytnego zadowolona, bo kopyto tak "czysto" wygląda :>