______
Deszczowa sobota
Po zajęciach odprowadziłam Duszka na padok (w strugach deszczu bawiliśmy się z ziemi, bo jak przyszłam, Duszek był tak mokry, że aby go osiodłać, bym musiała wstawić go na minimum pól godziny do boksu, żeby wysechł, a nie chciałam mu tego robić) i zauważyłam, że poza ogrodzeniem leżało kilka kupek siana, które albo wywiał wiatr, albo konie przepchnęły w czasie jedzenia. Pozbierałam te kupki i dałam Duszkowi. Oczywiśćie, cała stawka jak to zobaczyła, zaraz ruszyła do wyżerki. I tak stworzyła się okazja, żeby bronić „our herd of two”. Odpędzałam je patykiem, odchodziły, ale zaraz wracały. W pewnym momencie, po kolejnym nawrocie, zrobiłam w ich kierunku najwredniejszą minę, jaką mogłam sobie wyobrazić. Ku memu zdumieniu uciekły i do końca konsumpcji już nie wróciły. Mina teściowej okazała się skuteczniejsza niż wymachiwanie patykiem. Ciekawe dlaczego? Więcej energii włożyłam w minę niż machanie?
Słoneczna niedziela
Pojechaliśmy na krótki, 40-minutowy spacerek do lasu (z powodu wykładu zorganizowanego przez SPNH i innych zajęć udało mi się dotrzeć do stajni dopiero wieczorem). Z radością stwierdzam, że Duszek jest coraz bardziej zrównoważony i dzielny w czasie tych wyjazdów. Coraz łatwiej przychodzi nam pokonać „odcinek strachów”. Nazwałam tak krętą, wąską ścieżkę, na której Duszek się zawiesza. Ale tych momentów zawieszenia jest coraz mniej, są coraz krótsze i coraz łatwiej jest mi go poprosić o ruszenie. Dziś zatrzymaliśmy się tylko dwa razy, ale najważniejsze było to, że jak patrzył, było to już takie oglądanie się bardziej ciekawskie, a nie napięte w gotowości do ucieczki, z szyją żyrafy. Potem maszerujemy sobie drogą leśną , a tu nagle za zadkiem Duszka objawia się samochód (jakiś debil wybrał się na spacer do lasu samochodem). A Duszek nic. Zjechaliśmy na bok, przepuścilismy debila, Duszek - stoicki spokój.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz