_______
Za Dorotą ciągnę wątek amerykański.
W ramach leczenia stresu wywołanego niemożnością pojechania na kurs z powodu konieczności pojechania do Stanów rzuciłam się tam w wir zakupów. Jedną z rzeczy, którą w związku z tym nabyłam jest coś, co nazywa się „hoof jack”, czyli taki pomocnik przy zabiegach przy kopytach.
Chodziło mi to od jakiegoś czasu po głowie, bo pozycja, jaką wymusza schylanie się do kopyt jest bardzo obciążająca dla kręgosłupa i może prowadzić do poważnych schorzeń. No więc w końcu się zmobilizowałam i mam go (ciekawych odsyłam na stronę EasyCare, on tam jest). Jak zobaczyłam to monstrum w postaci rzeczywistej, lekko zwątpiłam w sens zakupu. Ale jak mam, trzeba korzystać. Przedwczoraj w ramach friendly game ustawiłam monstrum obok konia i czyściłam kopyta tradycyjnie. Dziś podniosłam nogę (końską, nie swoją), położyłam na monstrum i ... przeżyłam szok. Dusinek stał z tą nogą na monstrumie (czy tak się odmienia?), a potem kolejno z każdą następną jakby nic innego nie robił przez całe swoje życie! A ponieważ zabiegów pielęgnacyjnych było dziś dużo (czyszczenie, mycie środkiem przeciw gniciu, wycieranie, nawilżanie) i wielokrotnie kladł tam nogi, w końcu na widok wielkiego zielonego przysuwanego w jego stronę od razu podnosił nogę. Myślę, że musiało mu być na tym wygodnie (a przynajmniej między innymi tak EasyCare to reklamuje). A jak mi było dobrze! Chyba jeszcze nigdy tak dokładnie nie wydłubałam mu wszystkiego z kopyt. Nie mówiąc już o tym, że ponieważ ręka po złamaniu wciąż nie jest sprawna i boli, ostatnio czyściłam mu te kopyta raczej symbolicznie, bo nie mogłam dać sobie z tym rady. Niech żyje hoof jack!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz