Byłam dwa tygodnie w Stanach i trzykrotnie miałam okazję jeździć konno, m.in. w ośrodku Black Butte w stanie Oregon. Poziom organizacji tego ośrodka trudno porównać z czymkolwiek, co do tej pory widziałam. Jakieś 30 koni. Rano wszystkie są szczotkowane, siodłane, kiełznane i stawiane w boksach na wolnym powietrzu, pod zadaszeniem, gdzie czekają na klientów. Kolejne grupy klientów wychodzą w teren co godzinę mniej więcej. Klient przychodzi do biura ośrodka, dostaje kask, podpisuje umowę z ośrodkiem precyzującą, że koń zwierzęciem niebezpiecznym bywa i ośrodek nie bierze odpowiedzialności za rozmaite urazy, klient płaci kartą kredytową, wychodzi z biura, wchodzi na stołeczek, wsiada na konia, odjeżdża za przewodnikiem w ciągu 15 minut od pojawienia się w ośrodku. Oczywiście, zakładając, że umówił się chociaż godzinę wcześniej na przykład telefonicznie. Po godzinie 15 konie wypuszczane są na pastwiska.
Nie wiem, jakie inni mają doświadczenia, ale ja - gdziekolwiek w Polsce bym nie chciała rekreacyjnie pojeździć - zawsze spotykam się raczej z takim scenariuszem: Aaaa, Pani chciała pojeździć.... Acha... No to może koło 17.00... A, jest Pani... No tak, to może weźmy Malinkę i Jasia, yyy, gdzie te szczotki, zaraz... Siodło... Wiesiuuuu, to siodło to Malinki?... Eeee....
Ale oczywiście są też minusy. Firmy ubezpieczeniowe współpracujące ze stajniami nakładają różne ograniczenia, na przykład takie, że z takim klientem znikąd nie można galopować. Innymi słowy, teren to takie snujące sie stępokłusy, choć oczywiście w ładnym krajobrazie. Nie da sie porównać ze zwariowanym galopem za jakimś zwariowanym siedemnastolatkiem służącym za przewodnika gdzieś na Mazurach. Choć w Stanach też młodzież prowadzi takie jazdy i to akurat fajne.
Fajne są też te westernowe siodła. Nie nosiłam, więc było mi wszystko jedno, czy ciężkie, ale szybko zrozumiałam, dlaczego kowboje jeżdżą w takimi przeprostowanymi, wyciągniętymi do przodu nogami. Oni się po prostu zapierają na tylnym łęku i nic ich nie rusza! Po 15 minutach wyczaiłam, jak się tak jeździ wysiadywanym kłusem i rzeczywiście, zero wysiłku w sumie. A my tu w Europie wydziwiamy w anglezowaniem... Trochę żartuję, oczywiście, ale w sumie jestem zdania, że siodła westernowe dla początkującym, razem z tym rożkiem, którego można się doskonale złapać, są naprawdę idealne. Dla zdobycia pierwszego doświadczenia, oswojenia się w ruchem konia we wszystkich chodach, pierwszych, bezpiecznych terenów.
A jeździłam na czymś ogromnym.... takim draft horsie z kopytami jak garnce, kudłatymi szczotkami pęcinowymi...
6 komentarzy:
Podobną metodę widziałam we Francji - wzdłuz drogi było mnóstwo stajni, osiodłane konie stały i czekały na jeżdźców. Ale nie bardzo mi się to podobało - taka fabryka. Już wolę, jak Wiesio szuka siodła Malinki, a konie trzeba odławiać z pastwiska.
...problem w tym, że często Malinka (chuda wielkopolanka, wydatny kłąb) ma to samo siodło, co Poziomek (z domieszką zimnokrwistego, kłębu brak, szeroka klatka piersiowa). Na potwierdzenie tego mamy siwą sierść na kłębie Malinki oraz dziury w mięśniach za łopatkami Poziomka. Do tego gigantyczne obtarcia pod popręgiem, bo przecież nie opłaca się popręgów prać.
Konie co prawda nie czekają osiodłane, tylko trzeba je sobie samemu siodłać, ale rzadko Wiesio ma czas na to popatrzeć, i potem, ojej, coś się krzywo założyło, źle zapięty nachrapnik, zagięty czaprak itp itd. Okazuje się, że coś jest nie tak, jak konik trzecią godzinę z trudem daje się namówić do ruszenia z miejsca.
Jeśli trzeba odławiać z pastwiska, to już jest super, zwykle sobie trzeba z boksu wyciagnąć i wyczyścić. Koń chodzi bez przerwy przez 4-5h pod zmieniającymi się osobami, które co prawda nie umieją jeździć, ale skoro mogą, to CHCĄ galopować. Pół biedy, jeśli to teren. Koń pójdzie sam, byle mu nie przeszkadzać. Ale uparte próby zagalopowania w "zastępach", echhh... W tle cały czas drze japę pani z papierem toaletowym instruktora rekreacji, albo i to nie.
A później znowu do boksu :]
Nie wiem, czy taka "fabryka" gorsza dla koni... czasem mi czegoś takiego brakuje... tym bardziej, że praca dla koni stabilna (zawsze taka sama), więc się przyzwyczajają do rytmu dnia, a po pracy idą na pastwisko. Chyba wszystko "zależy"... bo jeśli, Aniu, myślisz o Mycynach, to na pewno tam lepiej. Ale jeśli pomyśli się o sopockim hipodromie to... :-S
Myślę, że bajzel organizacyjny typu "gdzie jest siodło Malinki" i "kto poprowadzi tę jazdę" nikomu dobrze nie robi...
BTW. Podobna "fabryka" jest w Gładyszowie -- można sobie pojechać w taki teren, na którym nic Cię nie obchodzi, na hucułkach. Rano schodzą do biegalni, stamtąd się je odławia i siodła ile trzeba. Klienci jadą w teren, koniki wracają na biegalnię, idą inne, i tak przez parę godzin, potem otwiera się wrota i towarzystwo truchta na wypas do rana.
Ogólnie bardzo pozytywne wrażenia, może poza typowo polskimi elementami typu brudne popręgi (większość 3-4 latków miała regularne blizny po obtarciach od popręgu) i niedopasowane siodła. No ale jeśli tam przewijają się setki ciągle zmieniających się koni, to trudno im siodła dobierać. Taka specyfika stadninowa...
Do mnie tak jak do Ani nie przemawia ze stac z siodłem cały dzien jest "fajnie"
opcja Wiesio i Malinka tez jest do chrzanu, ale lepsze to niz chyba taka fabryka
bo "na taśmie" gdzies zatraca się kon
Mówiąc o Malince i Wiesiu myslałam raczej o takim luzie organizacyjnym, kiedy to nigdy nie wiadomo, kiedy jazda się zacznie, bo gdzie siodło, gdzie Malinka, gdzie Wiesio. Zawsze się śmieję, że w Mycynach czas płynie inaczej i że należy się cieszyć, jeśli po haśle "zaraz jedziemy" wyruszymy za dwie godziny. Ale jeśli nawet jest to irytujące, to wydaje mi się bliższe idei "koniarstwa" niż te stojące godzinami osiodłane konie. Dla mnie to był widok bardzo smutny.
Natomiast oczywiście masz Kasia rację, że jest mnóstwo miejsc, gdzie konie nie tylko muszą znosić wyczyny jeźdźców różnej maści (ale niestety taki już los konia rekreacyjnego), to jeszcze ludzie, którzy są za nie odpowiedzialni nie potrafią lub nie chcą dopilnować, żeby koń był właściwie przygotowany, żeby jeżdziec był dobrany do konia, żeby kon nie był przeciązony pracą, żeby ...., żeby ... żeby...
Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że żle dzieje się tam, gdzie właściciel jest luźno zaangażowany i powierza interes instruktorom czy stajennym. Myślałam, że przecież właścicielowi zależy na tym, żeby jego zwierzętom było dobrze, nawet jeśli nie ze zrozumienia ich potrzeb, to przynajmniej aby chronić swoją inwestycję. Te złudzenia rozwiała baba, od której kupiłaś Campinę.
A było gdzieś napisane, że te konie tam "cały dzień" stoją osiodłane? Od 15 mają pastwisko. Na klientów czekają rano pod dachem (domyślam się, że nie dłużej niż godzinę). Nie wiem, czy to takie gorsze od tego, co można w Polsce zobaczyć...
No ale cóż, jedną i drugą sytuację można sobie wyobrazić jako bardziej i mniej wygodną dla konia... tak naprawdę, to, czy koń na tym ucierpi, czy nie, zależy od właściciela, a nie od systemu. System ma tylko ułatwić życie klientowi...
Daleka jestem od zdania, że jak chcę pojeździć, to mi mają konia podstawić gotowego -- wolę poczyścić i przy okazji charakter rozpoznać, powiedziec "dzień dobry".
A jednak czasami ludzie chcą "po prostu pojeździć", i wcale nie znaczy to, że należy ich zlinczować (bo dobro konia cierpi). Tak właśnie przyjechałyśmy do Regetowa w zeszłym roku, w tym (już beze mnie -- z przyczyn niezależnych) powtórzyły manewr moja mama i siostra -- przyjechały do ośrodka tylko na teren na hucułkach. Nie wyglądało, że konie na tym systemie cierpiały (pomijając te blizny po obtarciach od popręgów i ogólne wrażenie masówki).
Za to podejścia w kilku "agroturystykach", gdzie konik był przez samego klienta albo dziewczynki "czyszczony": stał przywiązany w słońcu przez 2 godziny, potem bylejak siodłany i chodził 4h rano, 4h wieczorem, w międzyczasie boks, a nie pastwisko... no, ale swojskie to, jak chleb ze smalcem...
BTW. Baba od Campiny wymyśliła nowy hit: nazwała drugą siostrę Campi, tę półtoraroczną źrebiczkę bezimienną... Cantata!! (identycznie jak ta, która zginęła, pierwsza siostra). Nie wiem, na ile dokładnie śledzisz sprawę, ale mnie się znowu nóż w kieszeni otworzył. Kto wie, czy ona papierów nie spróbuje małej podłożyć. Łatwiej niż wyrabiać nowe, nie? W końcu tylko rok różnicy między nimi, reszta się zgadza. Idzie zima, trawa powoli się kończy, zbieramy siły, bo coś czuję, że interwencja będzie :/
Prześlij komentarz