9 wrz 2007

Zabawa w ganianego

Przeżywamy kryzys -- to tak ogólnie mówiąc. Kilka ostatnich sesji właściwie nic nie byłam w stanie zaproponować młodej, bo była straszliwie rozkojarzona i popadająca w RB. Kończyło się więc na skarmieniu wiaderka marchewek, ew. popasieniu w siodle celem przywyczajania doń i z powrotem na pastwisko -- wszystko ze stadem w zasięgu wzroku. Po wprowadzeniu na pastwisko i zdjęciu kantarka cała uwaga jest natychmiast na stadzie, szybki trucht w stronę stada, nawet się nie ogląda za mną.

Przy czym nie jest tak, że nie chce podchodzić -- jak tylko zauważy mnie na pastwisku, człapie do mnie z uszkami do przodu, idzie za mną do bramki pastwiska (na wolności również), ale odnoszę wrażenie, że tam zaczyna się wahać, tak, jakby wolała nie wychodzić. Po wypuszczeniu, wystarczy że odczekam parę minut, znowu mnie "zauważa" i podchodzi. Dziwne, naprawdę. Takie trochę "i chciałabym, i boję się".

Próbowałam więc pobawić się z nią na pastwisku (kiedyś nam to całkiem nieźle wychodziło :P ale jak się okazuje, wtedy stado było małe, znane, nudne, a pastwisko w miarę małe, płaskie i słabo trawiaste -- o drzewach nie wspominając).
To dobra okazja, żeby potestować zabawy na wolności, więc nie zakładałam halterka. Próby prowadzenia ze strefy 3. skończyły się, kiedy stado znalazło się na linii wzroku - Campi ruszyła w długą i nic nie było w stanie jej powstrzymać ;) Jakośtam dogoniłam ją na tym daleeeekim końcu, potykając się o dziury i wykroty, spróbowałam znowu. Po drugiej próbie stwierdziłam, że nie jest to najlepszy pomysł... Kondycję mam za słabą ;P

Zabrałam ją więc na Straszne Zewnątrz. Na Strasznym Zewnątrz, a dokładniej na ogrodzonym [mniejszym] placyku robiącym za ujeżdżalnię, bawili się właśnie (z podobnymi założeniami) Ania i Bilon. Początkowo umówiłyśmy się, że przejmę plac, kiedy oni skończą zabawę. Poczekałyśmy więc chwilę, potem weszłyśmy, zdjęłam młodej kantarek (zamiast zwiać w stronę stada, zaczęła się paść, chyba się zapomniała ;)), w końcu Ania i Bilon zostali. Młoda zauważyła w końcu, że stada nie ma, prysnęła na "stadny" koniec placyku, Bilon chwilę wytrzymał i ruszył za nią -- no i zaczęła się zabawa.

Założenie: konie na wolności, kazdy ma się trzymać swojego człowieka, mamy dwa "stada dwóch", z których każde robi "coś" niezależnie od drugiego. Co jakiś czas ktoryś "urywał się z niewidzialnej nitki" i zwykle grzał w kierunku tego drugiego "stadka" -- wtedy stadko drugie robiło minę teściowej, machało groźnie karotem i odpędzało "intruza", który w efekcie przyklejał się na powrót do swojego człowieka.

Ponieważ konie były dwa, łatwiej było je skupić, były spokojniejsze. Przynajmniej ruda -- dawno już nie mialam takiej fajnej, współpracującej sesji. Były momenty odlotów, ale jednak przez większość czasu była spokojna. Kiedy próbowałam bawić się w to z nią sama (stado w zasięgu wzroku! może 50m, za ogrodzeniem i drogą...), przez większość czasu fruwała, a nawet jak była fizycznie ze mną, to psychicznie wyraźnie dryfowała gdzieś na granicy RB.

A teraz udało nam się bardzo ładnie zgrać, ruda (gdzieś z Bilonem w tle) była skupiona na mnie, chodziła ze mną równo i uważnie stępem, kłusem, skakała przeszkódkę, cofała. Nie wyprzedzała, nie zostawała w tyle. Całkiem fajny impuls nawet miałyśmy tego dnia i wreszcie wrażenie porozumienia i kontroli... miło. :) Do tego stopnia, że wprowadziłam ruszanie kłusem -- udało się. Zatrzymania z kłusa też bez problemu.

Można by powiedzieć, że bez sensu: cofnęłam się do sytuacji, w której mamy już 100% (zabawy w "dwie pary" z Bilonem) i co tu robić więcej? A jednak: na początku sesji wyraźnie nie było tak zupełnie spokojnie, dzikie zrywy do galopów, nieoczekiwane zwroty i rżenie do stada.

Może po prostu znów zrobiłam błąd w założeniach ("przecież to już znasz, to już robiłaś!") -- że z Bilonem Campina czuje się zupełnie pewnie i problem leży w rozstawaniu się z nim. Może w międzyczasie nałożył się drugi problem (rozstawanie się ze stadem) i jednak trzeba wrócić, przynajmniej na pewien czas (przyzwyczajenie do miejsca i stada).

No i znowu tasiemiec. A w ogóle ludzie, piszcie. Tylu mamy "gadaczy", a ostatnio gadam do siebie :P Nie mówcie, że nic nie robicie. Nie wierzę :> Czekam na wieści z innych frontów. Nawet jeśli też macie ciężkie chwile ]:->

3 komentarze:

Paulina i Holda pisze...

Slabo pocieszajace - ale my tez mamy ciezkie chwile ostatnio:(

Dot pisze...

Ja ostatnio nic nie robiłam, bo byłam dwa tygodnie w Stanach. Może i dobrze, bo to własnie był ten moment, kiedy Emiterowi odpadała podeszwa (efekty ropy w kopycie), więc po prostu spokojnie mu odpadła na pastwisku, a on sobie nic nie robiąc wracał do pełnego zdrowia.

Co do stada i zmian zachowania: niestety, ja po trzech latach doświadczeń z moim dwukonnym, superzintegrowanym stanem Eman-Emiter doszłam do wniosku, że Emiter chodzi najlepiej i najgrzeczniej, gdy izoluluję go prawie stale od Emana... Okropna to i okrutna konkluzja, ale niestety tak jest. W efekcie owej konkluzji konie zostały od siebie ostatnio oddzielone, każdy dostał jakieś krowy na pocieszenie, i wrócą do siebie dopiero późną jesienią (w sensie, na wspólny wybier, teraz chodzą po dwóch sąsiadujących pastiwiskach. Bez Emana na pastwisku Emiter wychodzi mi na spotkanie, chętnie idzie do lasu,nie robi żadnych fochów, jest cudownym, dzielnym, współpracującym, lagodnym koniem. Z Emanem - histeria przy wychodzeniu i duuużo gorzej w terenie. A ponieważ samotne tereny sa ostatnio gwoździem naszego programu - sorry, oddzieliłam panów.

dea i Campina pisze...

Paulina: trzymam kciuki, podstawa to się nie załamać... to już nie pierwszy mój "dołek" z Campiną, do tej pory udawało się zawsze wyjść z niego i później było lepiej, nawet dużo lepiej. Tak jakby to było dokopanie się do "drugiego konia" gdzieś tam w głębi, i dogadanie się z następną warstwą... Wymagało zwykle przemyśleń, chodziłam lekko dobita "dlaczego znowu" i myślałam co zrobić, ale w końcu się udawało :) Czego i Wam życzę, i sobie aktualnie, bo właśnie myyyślęęę... co zmienić... czy po prostu czekać...

A może napisz, na czym polegają Wasze problemy? czasami ktoś z zewnątrz potrafi "skatalizować" jakieś rozwiązanie :)

...opcja z oddzieleniem od stada u nas absolutnie nie wchodzi w grę. Widzę, że ruda ze stadem jest szczęśliwsza. Taki m.in. był cel naszej przeprowadzki -- całe dnie ze stadem na dworze. A że jest trudno... Ech.... mogłoby być gorzej -- przychodzi do mnie :) Tylko że na krótko ;) Już nie zwiewa, więc może idziemy ku lepszemu. Mam nadzieję, że nie bedzie aż tak strasznie jak u Ciebie, Dot. W końcu w pierwszej stajni pod koniec pobytu byłam w stanie zabrać Campinę ze stada i wytargać ją samą do lasu i miałam zupełnie spokojny, współpracujący spacer. Liczę na to, że tutaj też tak będzie -- na razie dużo zmian, dwie przeprowadzki w przeciągu 3 miesięcy, ciągle nowe konie do zapoznawania się... a bestia towarzyska pieruńsko.

A wczoraj przez tę towarzyskość, cholera, mało się nie załatwiła naprawdę poważnie. Poleciała ze stadem w stronę szosy i zaliczyła glebę na asfalcie :| Dobrze, że nic nie jechało i skończyło się tylko na otarciach (dzisiaj zobaczę, czy jej obtarte stawy popuchną). Na razie wygląda jak dzieciak, który spadł z rowerka, cała pokancerowana... :/ żeby było weselej, jutro kowal :|