No nie rozumiem. Wczoraj było tak zimno, że na nic nie mogłam się zebrać z wyjątkiem liberty na zaśnieżonym pastwisku, po którym wiatr hulał. Ubrana w cztery kurtki, termobuty, czapkę i dwa kaptury na niej próbowałam posunąć nasze liberty o krok dalej. Patrząc po wykonaniu zadań - same sukcesy. Udało się wprowadzić circling (z małym trickiem - poprosiłam go o to stojąc niedaleko rogu pastwiska, blisko wyjścia, ku któremu wyraźnie dryfował. Także z dwóch stron miał ograniczenie w postaci ogrodzenia pastwiska, a z dwóch stron wolność, ktora jednak nie była bardzo pociągająca, więc łatwo dawał się trzymać i zatrzymywać na okręgu dość blisko mnie. Takie bardziej jajo niż okrąg, ale jednak powiedzmy zamknięta figura ze mną gdzieś w okolicach środka), udało nam się zrobić nawet zmianę kierunku na kole!, udało się wprowadzić squezze (bardzo łatwo, ku memu zaskoczeniu, i wręcz z końskim entuzjazmem, zrobił to tak świetnie jak na linie), przychodzenie do mnie całkiem nieźle, choć bez entuzjazmu, wolno i za którymś tam razem każdorazowo, bieganie i cofanie przy ramieniu dobrze i synchronicznie, drivingi różne bardzo dobrze, zresztą widać było na śniegu (świeży śnieg to doskonała pomoc dydaktyczna! Bardzo dużo można się dowiedzieć o jakości wykonania zadań przyglądając się śladom na śniegu), które nogi się kręcą w miejscu, a które chodzą po okręgu, to samo zresztą z jeżami. I co z tego?
No właśnie, patrząc na postawę mojego konia, stosunek, attitude - klęska. Mój koń miał minę "Jezuuuuu....". Jeśli czegoś chcę - OK, patrzy na mnie. Jeśli tylko nie chcę - natychmiast odlatuje myślami i wzrokiem. Robi, ale program absolutnego minimum. Proszę delikatniej - robi trochę, krok po kroku. Proszę mocniej - robi szybciej. Ale nigdy nie zaoferuje mi zrobienia czegoś szybciej, energiczniej, dynamiczniej niż poprosiłam. W miarę możliwości, nogi w smole i "Jezuuuuuu.....".
Poruszyłam z Czarnym temat naszego nieszczęsnego friendly z paszczą. Stoi przede mną, ma hektar pastwiska do odchodzenia, zero linek i uwiązów, zabieram się za głaskanie jego nosa. Nie! ale nie odchodzi. Stoi tam jak wrośnięty, nie ruszy nawet jedną nogą, ale po nosie głaskać się nie daje. Chowa nos w swoją łopatkę, podnosi łeb do góry, wyrywa mi się spod ręki, ale nie odchodzi! Dlaczego ten cholernik nie odchodzi?! Tak to bym coś rozumiała - nie lubię tego, odczep się, spadaj mała, idę sobie. Ale jak nie lubi, nie ufa i w ogóle go wnerwiam, to czemu sobie nie pójdzie?
Nie rozumiem stosunku Czarnego do mnie. Zasadniczo robi to, o co go proszę. Kiedy patrzę wstecz, to widzę, że mnóstwo rzeczy, które dziś robimy czy robiliśmy - jazda na oklep, wchodzenie w całości do stawu na linie i przepływanie kawałka, liberty na tym hektarowym pastwisku, samotna jazda terenowa, skoki - byłoby w ogóle nie do pomyślenia powiedzmy rok temu. Ale jednocześnie mam bardzo silne wrażenie, że jego stosunek do mnie nie zmienił się ani na jotę. On po prostu za mną nie przepada. Nauczył się, że jeśli nie robi tego, o co go proszę, to robię się strasznie namolna, a on musi się strasznie napracować. Nie odchodzi za daleko na tym pastwisku i przychodzi dość szybko, bo wie, że będę go wytrwale ganiać tak długo, aż mu się znudzi. Jest z natury raczej leniwy, więc wybiera wykonywanie moich poleceń - coraz trudniejszych, z coraz większej odległości, na coraz niższe fazy - a nie pracochłonny opór. Ale serca nie ma w tym za grosz.
A przecież mamy zimę. Jestem źródłem owsa, siana, marchewek, ostatnio również wody, bo przy -7 stopniach poidła w naszej stajni zamarzają. Jestem źródłem ruchu, wycieczek i czegoś, mam nadzieję, ciekawego w jego nudnym, zimowo-padokowym życiu. I nic z tego nie wynika.
Emiter kiedyś wykopywał w moim kierunku. Potem bardzo długo mu się to nie zdarzało. Ostatnio znowu mieliśmy parę wykopów. A jednocześnie sytuacja kompletnie odmienna - Emiter szedł za mną w terenie i nagle bardzo się czegoś spłoszył. Usłyszałam i poczułam za sobą straszny tupot i wierzgot, odruchowo się skuliłam i nagle uświadomiłam sobie, że on mnie jednak nie stratował, choć szedł tuż za mną i coś rzeczywiście go przeraziło. Jakby resztą sił umysłowych zmobilizował się, żeby na mnie nie wlecieć. 400 metrów dalej w sytuacji jakiegoś stracha poprosiłam o odstawienie zadu i dostałam wściekły wykop w moim kierunku.
O, circling na wolności, jeszcze lepszy przykład. Ma gdzie odbiec. Ma cały hektar do odbiegania. Ale krąży wokół mnie spokojnym kłusem i buntowniczo pod hasłem "wkurw" rzuca głową. OK, wiem, że z tą wolnością nie do końca tak, stoję w rogu, który jest dla niego interesujący, niejako "bronię drzwi", którymi on by chętnie wyszedł, a na pastwisku sam śnieg i hula wiatr. Ale dlaczego w takim razie nie chodzi to tu, to tam, chaotycznie, tylko wypełnia polecenie? Choć widać, że go to wkurza?
Czarnemu nigdy nie zdarzyło się zarżeć na mój widok. Patrzy, ale nie podchodzi, czasem nawet stoi tyłem z wygiętą do tyłu szyją i przygląda mi się znad zadu. Od bardzo dawna już nie ucieka, nie ma obiekcji przy zakładaniu kantaru, ale żeby tak sam podszedł... Kiedy kręcę się po stajni, wystawia czasem głowę przez kratkę - kiedy podnoszę rękę, żeby go pogłaskać, natychmiast ją cofa. Kiedy głaszczę go z boku, stoi i czeka - nie wiem, na co.... Kiedy stojąc przy łopatce przyciągam jego głowę do siebie oddaje ładnie i stoi, oczy zmrużone - po chwili zabiera głowę. Żadnego kizia-mizia. Nigdy w życiu.
Emiter jest drugi w stadzie, ale wcale nie ustąpił tak łatwo i cały czas jeszcze ma taką dość buntowniczą postawę. Eman walił w niego tygodniami tylnymi nogami, aż dudniło - Emiter tylko mrużył oczy i odchylał się do tyłu - i stał. Po śladach na jego ciele - zarówno na szyi i łopatkach, jak i na zadzie, widać i dziś, że jest obgryzany przez Emana - nic strasznego, takie golenie skóry, Eman nie jest agresywny, odgania stopniowo, zawsze uprzedza, odgania tylko tyle, ile trzeba, by dostać się do jedzenia na przykład - ale Emiter nie odpuszcza od razu. Stoi i udaje, że nie wie, o co chodzi, dopóki go Eman nie dziabnie, a i wtedy ustępuje tylko na krok czy dwa czy wręcz tylko na odchylenie szyi.
Przepraszam za te epopeje. Ja się po prostu frustruję. Chciałabym mieć konika, który od czasu do czasu choć sygnalizuje, że nie jest źle mnie zobaczyć. A Emiter... czasem wygląda tak, jakby nie miał żadnych namiętności. Ani pogalopować z radością, ani rzucić się na jedzenie - taki zblazowany "byłem tam, robiłem to, ludzie są beznadziejni...".
Psy tresuje się na żarcie i na piłeczki. Najpierw wzbudzasz w psie namiętność do jedzenia albo latania za piłką, a potem używasz tego jako nagrody. Ale ja tak nie lubię tego marchewkowego podejścia. To jak z nagradzaniem dzieci złotymi gwiazdkami czy plusikami za dobre zachowanie, ładny rysunek czy coś tam innego. Masz potem maszynę, która ściga się o plusik; stworzenie, które myśli tylko o tym, co masz w kieszeni. Zadanie wykonane, zawodowy siad, pac i zostań i sliczny rysunek z wakacji, tylko gdzieś ta istota ludzka czy zwierzęca w tym ginie... Może potrzebujemy z Czarnym trochę luzu... Mniej koncentracji na zadaniach, na progresie, na jakimś celu, ktory wyznaczyłam, a którym jest zaliczenie L2 jesienią... Może ten undemanding time jednak... Źle mi jakoś. Idę, zaniosę im wody, ryczenie spragnionej krowy słychać aż tutaj...
21 komentarzy:
1. Skąd u was to parcie na okrążanie w wersji total liberty czyli na otwartej przestrzeni? Tego nie ma ani na dwójce, ani nawet na trójce. Może nie bez powodu?
Jeżeli koń coś daje, to się bierze, oczywiście. Ale z zadaniami sponad własnego poziomu lepiej postępować ostrożnie. Co komu po zadaniu, jeżeli wykonane jest mimo pewnych luk, z materiału skrojonego na styk, bez zakładek? Do wolnościowego okrążania, jak ja to rozumiem, potrzeba i dobrej komunikacji (może już macie, ile trzeba) i super super draw. A to draw to również koń idący/biegnący sam z siebie do człowieka, okazywanie sympatii itd.
Nie wiem, czy pamiętasz, jak Pat opowiadał, jak to do ISC przyjechał Honza z Gastonem. I nic nie robili, tylko siedzieli w cieniu drzewa, lenili się, bla bla bla. Tylko jakimś dziwnym trafem to jest para "mistrzów liberty i freestylu". Do Honzy Gaston biegnie galopem, z drugiej strony trawiastego pastwiska, od koni.
2. Piszesz, że wzmocnienie pozytywne jest niehumanistyczne, czy mechniczne. A czy wzmocnienie negatywne jest? Czysta relacja koń-człowiek, jest może u Nevzorova, u którego nie ma ani kar, ani faz, ani niewygody, ani nagród materialnych. Tam można mówić, że koń robi pewne rzeczy, bo chce, bo lubi swojego człowieka.
W NH jest wzmocnienie negatywne: robię X, żeby uniknąć Y (coś, czego nie lubię). W klikaniu wzmocnienie pozytywne: robię X, żeby dostać Z (coś, co lubię). Jak to wygląda z punktu konia? Ja swojego spytałam... I dryfuję.
Po zastanowieniu dodam komentarz do komentarza :-)
Ad. 1. Nie miałam na myśli wpychania Cię w sztywne ramy, narzucania jakichś ograniczeń, zachęcania do pozostania w przedszkolu. Ale myślę - może frustracje to tylko efekt proszenia o więcej, niż w danym momencie możesz dostać? Może wystarczy "brać, to co się tu daje, w imię słońca"?
To, co we mnie budzi zaufanie do programu PNH, że to, co mi obiecano, sprawdza się. Po pierwszym poziomie koń miał ..., ..., ... . I tak było. Po drugim miał na dodatek ..., ...., ... . I to też okazało się prawdą. Więc widzę, że to jest program realistyczny. A chcieć mieć efekty poziomu czwartego na poziomie drugim realistyczne nie jest. I może to tylko to Cię uwiera.
Ad. 2. Gdyby PNH to było tylko "7 gier, 4 fazy", gdyby tylko dawało language i leadership, to by (dla mnie) cienizna była. Niewiele różniąca się od "normalnego" jeździectwa. Chyba nie ma co uciekać od undemandig time, od friendly, ale nie jako "gry do wygrania", tylko poprzyjaźnienia się właśnie... Po co uciekać od czegoś, co jest dobre?
Ja mam wrażenie koncentracji na zadaniach z pominięciem konia jako podmiotu, kiedy patrzę na przykład na filmy quantum savvy. U Karen Scholl też niby wszystko gra, a uszka koniowe do tyłu tak często... I wcale niekoniecznie dlatego, że w nią zasłuchane. Co wtedy komu z różowej bluzki, roześmianej gęby, pogodnej muzyki? To znaczy chyba właśnie zależy, kto czego szuka. Czy wystarcza mu koń "podatny". Tobie chyba nie wystarcza, sądząc z tego wpisu, i ja się tu z Tobą w pełni solidaryzuję :-)
Jak ktoś kiedyś mądrze powiedział, przyjaźni konia ani się nie "wyklika", ani nie wymacha carrotem. A ja dodam, czy ktoś lepiej pracuje dla pieniędzy, czy ze strachu, że go wyrzucą, to już insza inszość.
Dziękuję za tak wyczerpujący komentarz. Nie dam rady odnieść się do niego tak metodycznie, jak Ty go napisałaś, ale spróbuję.
a/ moja frustracja nie wynika z wykonania czy niewykonania zadań, tylko z postawy mojego konia. Wlaśnie o to chodzi, że jeśli chodzi o zadania, to dostaję naprawdę dużo i nie mam tu żadnych zażaleń, sięgam po to, co wydaje się w zasięgu ręki, jakoś się specjalnie nie spinam, natomiast zauważyłam własnie ostatnio, że nie towarzyszą temu "odpowiednie uszy" konia.
b/ Moja frustracja wynika z tego, że nie wiem do końca, dlaczego tak jest. Wydaje mi się, że spędzam z moim koniem sporo czasu nie tylko chcąc czegoś od niego, ale też będąc po prostu gdzieś koło, co wynika z prostego faktu, że mieszkam z moim koniem, śpię fizycznie 20 metrów od niego, wykonuję wszystkie obowiązki stajennego, plączę się wokół bawiąc się z dziećmi itd.
c/ Z tym wzmocnieniem pozytywnym - napisałam to wszystko, bo mam wrażenie, że gdzieś tu tkwi mój problem. Innymi słowy, moja niechęć do wzmocnienia pozytywnego jest jakąś przyczyną tego (może), że mój koń mówi "robię to tylko dlatego, że jak nie zrobię, to dostanę bęcki". Nie wiem, (może) stosowanie wyłącznie release, wygody i niewygody, jak określa to Patologia (wow, czy ukułam nowy termin?!) to jest za mało dla mojego konia? Może to, że prawie NIGDY nie nagradzam go jedzeniem, prawie NIGDY nie daję mu niczego z ręki i że (prawdopodobnie) jest we mnie to nastawienie zadaniowe powoduje, że on mniej lub bardziej za mną nie przepada. Mój problem polega na tym, że ja bym chciała, żeby on mnie lubił dla bliżej nieokreślonych walorów mej osoby jako takiej... Co zapewne w kontaktach ze zwierzętami jest niemożliwe... Czy ja jestem zrozumiała?
Dzieci po mnie skaczą, resztę postaram się napisać później.
A może dla niego jest jeszcze za wcześnie na taki związek? Idzie w tym kierunku, ale może oboje jeszcze nie jesteście gotowi? Piszę tak pod wpływem poniższej wypowiedzi:
"The more I learn, the more I see the friendship and relationship is a byproduct of horsemanship and not the other way around. This is why I find myself loving my horses more but being chummy less."
Ja tam nie wiem czemu jesteś tak przeciwna smakołykom Dorotko! Niech konisko też ma jakąś przyjemność z tych ćwiczeń, nie?:)
Nawet Miller pisze, że spokojnie można wzmacniać pozytywnie jedzonkiem, żeby konik poczuł się doceniony, nagrodzony bardziej niz słowem i głaskaniem. A potem, by uniknąc "żebrania", stopniowo zaprzestaje się podawania smakołyków,daje się je "w kratkę" a potem już tylko w momentach dla konia najmniej oczekiwanych. To jescze barzdziej wzmancnia pozytywne reakcje konia! Bo sobie myśli "oj, może cos dostanę? Nie? Tylko głaskanie? No trudno ale na pewno dostanę następnym razem":)
Nagradzanie jest przecież tak ważne. I nie prawda, że koń będzie widział tylko smakołyk , nie Ciebie. Nie zmusisz go do sympatii do na siłę (choc na pewno Cię lubi tylko się kryje:) ale możesz sprawić by przebywanie z Tobą i wykonianie czegoś dla Ciebie dobrze było jeszcze przyjemniejsze i kojarzyło się z czymś smacznym:) Falbi tez była koniem "nietyklaskim" i jak spojrzała to z łaska ale teraz jest inaczej. Może nie jesteśmy tak zaawansowani w ćwiczenia jak Wy ale myślę, że miedzy innymi dzięki smakołykom udało mi się skojarzyć Falbi, że zabawy to nie tylko wymagania ale też i smaczne chwile odpoczynku:) Dopiero od niedawna widzę, że to ZABAWY zaczęły pomału sprawiac jej przyjemnośc a nie chęć zjedzenia czegoś. Dopiero od niedawna zaczęła wykonywać ćwiczenia z uwagą i jest sama z siebie dumna (a ja razem z nią!) kiedy coś jej się uda! Już nie muszę tak często dawać smakołyków ponieważ wystarcza jej moje głaskanie i pełen zachwytów głos. Nie wiem czy moja koncepcja jest dobra, w przyszłym życiu nie będę tak "savvy" jak Teolinek!:) ale może Emiterowi brakuje wiekszej nagrody jego starań? Nie wiem. Spójrz na sprawę z jego punktu widzenia i sama się dowiesz:) Pozdrawiam!
P.S. Ja też mieszkam blisko koni, karmię itd ale z tego co pamiętam z dzieciństwa to niestety ni9gdy nie byłam mamie wdzięczna za to że ugotowała obiad... :( Myslę, że z końmi może być podobnie:)
Zgadzam się z Mileńką - trochę bałam się przyznać, że ja też od czasu do czasu daję przysmaki: nie jako przekupstwo, tylko jako prezent, na zasadzie "lubię cię, to dla ciebie". Czasami daję na dzień dobry, czasami na do widzenia (jako jedną z metod przytrzymania jej przy sobie, żeby po wprowadzeniu na pastwisko nie rzucała się od razu w dzikim galopie z wierzganiem do kumpli.) Skoro koń nam coś daje w prezencie, to uważam, że koniowi od nas też się należą prezenty. A ponieważ mam "metodę podawania", nie obawiam się wpychania na mnie w celu otrzymania marchewki (co nie znaczy, że w ogóle mamy opanowane wpychanie).
Przemyślałam kwestię i spróbuję przesunąć się nieco w kierunku marchewkowości, rozumianej i dosłownie, i metaforycznie jako większa skłonność do nagradzania, undemanding time, mosey, czyli włóczenie się itp. Ja nie wiem do końca, czemu ja tak nie lubię tych marchewek... Ale może rzeczywiście jemu potrzeba więcej zrozumienia i nagrody? Do tej pory myślalam o tym w kategoriach motywowania go przez ciekawe rzeczy i może to też jest odpowiedź na moje liberty - po co? Bo miała wrażenie, ze to jest dla niego coś ciekawszego niż lina, której ma już (chyba) po dziurki w nosie, że to jest jakaś zagadka do rozwiązania, jak przeszkody, których na razie nie wykorzystuję ze względu na jego nogę, którą jeszcze staram się oszczędzać. Ale postanowiłam też zrobić się w stosunku do niego bardziej uważna, uprzejma i serdeczna. Wchodzić do stajni i mówić "Dzień dobry, jak się dziś masz?" z podaniem ręki (do chrapek :)), a nie, jak to mam w zwyczaju, "no dobra, sunąć się, siano niosę, miejsce dla mnie, miejsce!, nie widzita?"... ;) Bo tak naprawde uświadomiłam sobie, ze każde wejście do boksu czy na padok zaczynam od odsunięcia go nieco ode mnie (bo coś niosę). A potem się dziwię, że nie podchodzi albo zatrzymuje się metr ode mnie... Staram się nagradzać choć ciepłym głosem skierowane na mnie oczy i uszy i odnalazłam kurtkę z kieszenią na lędźwiach, która świetnie się sprawdza w charakterze zbiornika na plasterki marchewek. Próbuje być mniej obcesowa i zauważać, co chce mi dać (jak wyciąga łeb, to ja wyciągam rękę i pozwalam mu się dotknąć, nie próbując dotknąć go sama; jak chce podejść, to spokojnie na niego czekam, a nie zajmuję się innymi, nie cierpiącymi zwłoki sprawami jak machanie widłami). Innymi słowy, próbuję się zrelaksować i posiąść nieco dobrych manier. Zobaczymy, czy Czarny zwęszy jakąś zmianę. Nabyłam książkę Millera i nowego Rashida, zobaczymy, co wyczytam. TTouch też nabyłam, więc spodziewajcie się niedługo analizy charakteru Emitera na podstawie analizy budowy jego głowy. Ze zdjęciami, a co? :)
Wydaje mi się, że trudniej jest poleniuchować z koniem, jak ma się go u siebie. Łatwo wpaść w schemat: jesteśmy razem - robię to czy tamto, ale przecież jesteśmy razem. W takiej sytuacji motywacja na wspólne nicnierobienie nie jest pewnie specjalnie silna. Myślę, że karmienie i pojenie nie wywołuje w koniu długotrwałej wdzięczności - to tak, jakby miał darzyć uczuciem każdy kawałek ziemi z trawą, którą ze smakiem zjada. Tego się przecież po nim nie spodziewamy. Zresztą sama napisałaś "spędzam z moim koniem sporo czasu nie tylko chcąc czegoś od niego, ale też będąc po prostu gdzieś koło" Może on tak to odbiera - albo coś od niego chcesz, albo jestes gdzieś obok?
Ale to tylko moje gdybanie, więc koniec filozofowania.
"Wydaje mi się, że trudniej jest poleniuchować z koniem, jak ma się go u siebie" - a mi sie wydaje ze prosciej, ze na pensjonatach jednak jest trudniej, ze ktos sie gapi, zaglada, puka w czoło
ze u siebie nie ma takiego cisnienia, ze jest łatwiej isc pod prad bo parelitykom lekko nie jest wsrod koniarzy - tak mi się zdaje...
Dorota ja wierzę ze uda Wam się przełamac to, ze cos sie zmieni.
Trzeba wierzyc!!!
No to moje trzy grosze:
1. Grosz numero uno - ten typ tak ma. Po prostu, tak jak sa ludzie, ktorzy lgna do innych, lubia dotykac, caluja sie chetnie w policzek na powitanie, klepia przyjaznie po plecach i pod byle pretekstem sciaskaja "na niedzwiedzia". I sa i inni, ktorzy unikaja raczej kontaktu fizycznego i potrzebuja naprawde duzej psychicznej bliskosci z druga osoba, by zdobyc sie na ta odrobine ciepla. Tak samo jest u koni - u mnie pieknie widac to u M i R. Nie am watpliwosci, ze moj konsko-ludzki zwiazek z M jest zdecydowanie silniejszy. R mam zaledwie od 3 miesiecy a dodatkowo poswiecam jej znacznie mniej czasu niz M. Gdy wchodze na padok - Menio rozglada sie, zastanawia, mysli dluuuzsza chwile i dopiero po jakims czasie wykonuje zwrot w moja strone i statecznym, dostojnym stepem sunie do mnie. R wypatruje mnie w ciagu sekundy i od razu wlacza wyciagnietego stepa - lekkie zaproszenie, a dostane klusa, mocniej przyciagne -to ostatnio, kiedy jeszcze nie bylo grudy dostalam galop do mnie, prawie jak Honza:). Po prostu - ona lgnie a on jest niedotykalski:)
2. Grosz numero due. To sie troche zmieni. M to prawdziwy facet;) mam wrazenie, ze jakby mogl to by ciagle krzyczal "nie caluj mnie bo to obciach i koledzy patrza!". Pamietam, jak jeszcze rok temu moje undemnading polegaly na tym, ze ja siedzialam po srodu roundpenu, a on biegal dookola zaczepiajac przez ogrodzenie inne konie, " no chlopaki, ktory mi jeszcze podskoczy!". Ja moglam nie istniec. Nawet nie pytaj, jak bylam sfrustrowana! Ostatnio zameldowalam sie na padoku z pustym wiadrem, siadlam w rogu i czekalam. M zameldowal sie w ciagu sekundy kolo mnie, zostawil stado i tak sobie siedzielismy. Z jego nosem na moich rekach (z wlasnej, konia woli!), z przymknietymi oczami (oboje) i wypuszczonym fiutkiem (to juz ma sie rozumiec tylko on). Gdyby rok temu ktos powiedzial mi, ze moj rozbojnik bedzie wolal mnie niz wywolywanie rozrob w stadzie, wcale bym nie uwierzyla.
3. Grosz numero tre. Pozytywne wzmocnienie rullez! Jeszcze przed era sporadycznego klikania czasem stosowalam pozytywne wzmocnienie, szczegolnie do rzeczy, ktore przychodzily nam trudno, np z powodu sztywnosci konia. Wzmacnialam tez np cofanie przez dragi - bo moj kon nie potrafi podnosic wydoko nog, tylko szura nimi po ziemi i zabija sie o wszystko co wystaje wiecej niz 2 cm ponad ziemie. Do tej pory potrafi czasem sam zaproponowac cofanie przez drag - uszy na mnie, oczy na mnie i az widac to pytanie "dobrze tak?"
"O Małgosiowym groszu numero uno"
Jakis czas temu rozmawiałysmy o tym z Klarą. Moja ruda na co dzien tez jest "nie do miziania".
I tu taki paradoks, bo ja lubię przytulanie, całowanie, kontakt fizyczny. Na początku molestowałam najzwyczajniej w świecie rude, nie mogłam przebolec ze jest taka "inna" niz ja.
Z czasem zaczęłam szanowac tak po prostu ze ona lubi być obok, ale bez kiziumiziu.
Czasem rano ale jak przyjade b. wczesnie jest taka rozespana i sama ducka mordką by dostac głaski, wtedy jestem taka radosna, ze mozna, ze jest przyzwolenie.
Ale to jest nie za często.
Moze kiedys nastąpi jakas przemiana;]
Wczoraj zapakowalam marchewki i siebie i poszłam do Czarnego i Emana, jak już dzieci poszly spac. Eman sie do mnie przykleil - Czarny poszedl sobie postac gdzie indziej. Jak podchodzilam na kilka metrow, to laskawie sie ruszal w moja strone. Przebolalam, zaparkowałam przy brzózce, oparlam się i czekalam. Po jakims czasie przylazl. Pomemlal mnie troche, zastygl. Odeszlam kawalek i kucnelam na sniegu. Przyszedł. Pomemlal mnie, pomemlal carrot i string, pojadł śnieg, zawisl nade mna z niska głowa. Wyciągnelam reke i delikatnie zaczelam mu masowac gorne dziasla, na co on odpowiedzial energicznymi poruszeniami gornej wargi. Kleczalam na sniegu i masowalam, a on sobie wywijał wargami i nigdzie nie poszedl. Wyglądal na dosc zadowolego, choć przyznam, że nie mialam pewnosci, czy w tym "rozmasowaniu" mnie przypadkiem nie dziabnie. Bylo fajnie. Zobacze, czy uda mi sie jakos mocniej uruchomic jego paszcze - zeby zaczal wiecej gadac, wiecej memlac - moze uruchomienie jej jako takie spowoduje jakies odblokowanie we friendly.
Swoja droga rzucilam okiem na Millera i jestem okropnie zawiedziona i zirytowana! On uwaza, ze pomysl typu "wsadz konia do boksu, zawiaz mu petle na szyi i kiedy nie patrzy na trenera, to go dus, szybko nauczy sie, ze patrzenie na trenera przynosi wygode, czyli powietrze" jest OK! I ze dobrze jest petac koniom nogi, bo to je przyzwyczaja do tego, ze sa bezbronne i latwiej sie poddaja i akceptuja przywodztwo czlowieka. Jak dla mnie to jakies chore, ale na razie tylko rzucilam okiem, wiec moze oceniam niesprawiedliwie... A ja sie spodziewalam tu jakiegos kurde szostego zmyslu. Mialy byc "Sekrety konskiego umyslu"!
A ja też może moje małe niedoświadczone trzy grosze o marchewkach i innych radościach życia. Wiesz Dorotko jaka jest nasza Ilzuja:"Nie dotykaj mnie, będę stała,ale przyjemności i radości z mojej strony nie oczekuj,posłusznie wykonam,ale najlepiej spadaj, a ja się popasę i udam,że Cię nie ma, albo w ogóle sobie pójdę".Też byliśmy bardzo przeciwni karmieniu z reki, marchewkowaniu, bo jak tak można konia przekupić, no a fe!Do czasu. Pooglądałam sobie rózne ciekawe marchewkowe relacje koń-człwiek w stajni u Milenki...i mnie zatakło. Ani Falbi ,ani Rudi, nie wpychają się na "swoich ludzi", chociaż ci dają raz na czas, bez okazji taki czy inny smakołyk,poupychany po kieszeniach. No to przyjechalismy do domu, no to pobiegliśmy w te pędy do biednych zwierząt no to dawaj!CZenna i Cekin, przekupne stworzenia...ech szkoda gadać. Z nimi to dokąłdnie tak, jak napisałą Milenka, by uważać,żeby nie zaczęły szperać po kieszeniach,więc uważąm. Inaczej sprawa ma się z generalnie zdystansowaną do całej sprawy Ilzują! Dla Ilzuji to chyba było to.Koń odkrył,że ten człowiek jakdnak coś fajnego wnosi(tak generalnie wnosi, nie tylko w kieszeniach):). Że może i ten człwiek nie taki najgorszy, może ma jescze inne pomysły prócz miziania patyczkiem...może warto bardziej się zainteresować...Bo można z nim postać i cukierka się czasem dostanie i w ogóle... u nas takie pozytywne wzmocnienie bardzo pomogło.Ilzuja patrzy już inaczej a gdy przyjechaliśmy za tydzień, z natury odwrócona do człowieka kształtnym zadkiem;) odwróciła się przodem, podeszła do Wojtka i stanęła. Nie gmerała mu po kieszeniach, tylko tak sobie stali, przymkęła oczy, zwiesiła głowę i "och głaszcz mnie głaszcz mnie i po grzywie podrap"... a ja się nadziwić nie mogłam. Zobaczymy, jak bedą wyglądać dalej nasze realcje, bo czym bardziej się zajmujemy,tym wiecej rzeczy widzimy inaczej niż na poczatku,ale póki co, podoba mi się to co widzę i Iluzji chyba też.
Myśmy z koniem przeszli przez trzy fazy, jeżeli chodzi o dawanie papu (tego "dodatkowego").
1. Kiedy Teo do nas nastał, był namolno-żebrzący. Kieszenie obszukiwał. A na dodatek gryzł, chociaż to niekoniecznie było jedno z drugim związane. W każdym razie przez rok obowiązywał rygor: nic z ręki, wszelkie marchewki czy inne dobrotki tylko do żłobu lub na ziemię.
2. Po mniej więcej roku okazało się, że koń już nie jest takim namolniakiem i np. wystarcza faza 1, żeby go odsunąć od siebie. Więc znowu zaczął dostawać od czasu do czasu coś z ręki. Ale to były "prezenty", nie "nagrody". Nie dostawał ich za coś, tylko ot tak, lubimy się, to ci coś przyniosę.
3. Ostatnia faza zaczęła się niedawno, tzn. kiedy zaczęłam klikać. Jeżeli o mnie chodzi, to obecnie nie wyobrażam sobie innego wzmacniania jedzeniem, niż takiego właśnie jak w klikerowaniu - tzn. z "markerem". Taki marker to może być klik klikera, dzwięk gwizdka (jak w delfinarium...), nawet jakiś ludzki odgłos paszczą od biedy (chociaż trudniej wtedy o precyzję i niezmienność znaku). Koń (czy tam inny stwór) wie, że jak słyszy marker, to znaczy, że to co robi w danym momencie się podoba i że za moment dostanie swoją dobrotkę (papu najczęściej, ale to w końcu "obiekt" określa, co dla niego jest wzmocnieniem). Jeżeli się przy tym pilnować, żeby nie dawać nic z ręki "o tak", to dla zwierza jest jasne: jest klik, jest dobrotka. Nie ma klik, nie ma dobrotki, żebrać się nie opłaca, bo z żebrania nic nie wynika.
U nas tak różowo nie jest, bo tylko jak klikam, a mama nie (i daje mu nadal prezenty z ręki). Ale bardziej się nie rozwydrzył, póki co. Nie pcha kinola do saszetki z owieskiem. Najwyżej składa propozycje, co mógłby fajnego zrobić, co mi się na pewno spodoba i co kliknę i nagrodzę... :-)
Nie, żebym jakoś namawiała do klikania, podejście "prezentowe" może być tym, o co chodzi. Tylko dzielę się odczuciem, że klikerowe podejście do dawania nagród rzeczowych jest b. precyzyjne i poddające się kontroli. Wiemy, co nagradzamy. I koń wie. Jeżeli ktoś byłby zainteresowany tematem wzmacniania pozytywnego, to polecam "Najpierw wytresuj kurczaka" Pryor.
A przechodząc do refleksji natury ogólnej... Jak patrzę na jazdy "normalsów", to wydaje mi się, że oni zakładają, że to, o co konia proszą, na pewno jest dla niego zachowaniem samonagradzającym. Jak chodzi o woltę równą, to korygują, korygują, aż wyjdzie ładna. I tyle. Jak jest ładna, to czas przejść do innych zadań, albo jeszcze trochę wolt pokręcić, skoro już nam tak dobrze wychodzą :] Wszelka parellioza zawsze miała u mnie plus za to, że się nie zakłada, że taka wolta to marzenie konia, że się koniowi dziękuje za jej wykonanie. A w każdym razie za każdy postęp. I sobie myślę, że warto takiego ducha dziękowalnego w sobie pielęgnować. Żeby zachować serce naturalne :-) Wdzięczne i pokorne. Uznające, że nasze pomysły nie muszą konia zachwycać tylko dlatego, że są nasze :-) (Chyba poetyzuję.)
Dorota, a wiesz, że ja zaczynałam parelliować jako osoba mocno "stickowa"? Ileż wojen niepotrzebnych rozpoczęłam... Tylko że w pewnym momencie zaczęła się dwójka. Dwójka to dla mnie poziom głębokich zmian w człowieku (i koniu, co za tym idzie). Ja się zgadzam ze schematem: pierwszy poziom dla rozumu, drugi dla emocji, trzeci dla ciała. A wiadomo, że zawsze to człowiek się zmienia najpierw. Więc bój się bój, nie wiesz, kim się możesz stać (oczywiście osiągnięcia złotego środka życzę). I pisz koniecznie co się dzieje, jak się nic nie dzieje ;-)
Ja słówko w obronie dr Millera:) Oburzyłaś się tak bardzo na fragment o "duszeniu":) Znalazłam go. To był tylko jeden z przykładów co może powodować u konia wygodę i niewygodę. Parelli też wspomina o ograniczeniu dostępu do wody w bardziej ekstremalnej wersji "catching". Co nie oznacza że zaraz trzeba lecieć na padok zabierać koniom wodę!:) Dr Miller to weterynarz o podejściu życiowym a nie poetyckim:) Nie będzie się do konia modlił przecież:)Wiadomo, że podczas wykonywania swojej pracy musi "zniewolić" konie o róznym stopniu wychowania. Żeby wykonać jakiś zabieg czasem musi założyć koniowi pęta, poza tym pęta obowiązkowo zakłada się klaczom podczas krycia i nie dlatego, że ktoś się chce poznęcać nad koniem tylko dla bezpieczeństwa ogiera! Też byłam ździebko przerażona jak je zakłądałam Falbi ale na szcęście była już do tego przyzwyczajona... Nic strasznego, naprawde. Prewencja.
Ale gdyby nie była przyzwyczajona? Mogłoby nie być rózowo... Podpisuje się rękami i nogami pod stwierzdeniem, że trzeba konie przyzwyczajać do pęt! A to , że konie wykazują wyjątkową uległość jeśli ograniczy im się ruch i zabierze możliwość ucieczki to fakt stwierdzony i jednocześnie jeden z "sekretów końskiego umysłu":) A dla nas żadna nowość!Przecież my też uniemożliwiamy koniowi ruch do pzrodu poprzez zgięcie szyi na przykład! Czym się różnią pęta od zgięcia szyi? Efekt ten sam tylko pęta straszniej wyglądają!:)
Zanim zaczniemy się oburzać lepiej zastanówmy się co tak naprawde my robimy z końmi! Miller nie będzie już wówczas taki "straszny":)Mam nadzieję, ze "Sekrety...", pomimo pierwszego, nienajlepszego wrażenia, spodobają Ci się!
Pozdrawiam!:)
>> Czym się różnią pęta od zgięcia szyi?
1. Zgięcie szyi nie uniemożliwia ruchu, tylko go utrudnia i ogranicza. Koń może dalej dreptać, tyle, że niemal w miejscu. Czy nie tak to powinno wyglądać? Trzymanie zgięcia, aż koń się zatrzyma (i rozluźni) i odpuszczenie?
2. Przy zgięciu szyi koniec liny trzyma człowiek - może regulować napięcie, odpuszczać, puścić. Pęta są matrwe.
Co nie znaczy, że nie warto uczyć tolerowania pęt. Może i warto: na zasadzie "jak nie możesz, to musisz, jak możesz, to nie musisz". Czyli jak z wiązaniem konia (normalnie, za linę od kantara) - można tego nie stosować na co dzień, ale jest to coś, co znosić koń powinien się nauczyć.
Miller, to widać jeszcze bardziej na płytach, ma podejście do koni pragmatyczne i dość obcesowe. Tylko to chyba możemy pominąć, przekładając jego teorie na praktykę... Cenne jest co innego (IMHO): proste, niepoetyckie, rzeczowe opisanie czegoś, co stanowi ważny składnik PNH.
Tym niemniej: uczenie bezradności mnie też mierzi.
I jeszcze jedno BTW - a w PNH ile "szóstego zmysłu", ile konkretów? Pomijając "kostium". (Ja tam lubię konkrety i kawę na ławę. Wtedy mogę powiedzieć, czy coś mi odpowiada, czy nie.)
Dla mnie rozczarowujący był natomiast kontakt z książką TTouchową.
"1. Zgięcie szyi nie uniemożliwia ruchu, tylko go utrudnia i ogranicza. Koń może dalej dreptać, tyle, że niemal w miejscu. Czy nie tak to powinno wyglądać? Trzymanie zgięcia, aż koń się zatrzyma (i rozluźni) i odpuszczenie?"
- czy mnie się wydaje albo mylę pojęcia czy w pętach koń tez może się poruszać? Przynajmniej w pętach jakie się zakłada klaczy do krycia. Jeśli mnie pamięć nie myli to te peta zapobiegają jedynie kopnięciu. No i nie może kobyłka pogalopować... ale zdarzało się podobno że któraś zwiała chodem a'la korzeniowski:)
Może są różne sposoby pętania koni, nie wiem, wolałabym nie być ekspertem w tej dziedzinie!:)
Ale rozumiem, Klaro, że miałas na myśli zgięcie szyi jako część ćwiczenia, chwilową niewygodę a nie jako docelowe unieruchomienie. Tu jest istotna różnica, rzeczywiście.
Fakt faktem, że takie chwyty to ostateczność. Mnie też to się nie podoba i nie mam zamiaru zdobywać konia przez jego ubezwłasnowolnienie!:/
Celem książki było chyba jednak rzetelne przedstawienie całego spektrum możliwości. W końcu od nas samych zależy co wykorzystamy.
Podbało mi się jednak w "Imprint training" jak Miller napisał, że w momencie takiego własnie unieruchomienia nie wolno konia ZDRADZIĆ.
Tak sobie jednak myślę...
...jak cienka może byc czasami granica pomiedzy skłonieniem konia do współpracy (jak to ładnie brzmi, mhmm) a "złamaniem go"... Ale! to już zupełnie inny temat!:)
Cześć dziewczyny :)
Baaardzo ciekawy post, bardzo ciekawe komentarze... to jest coś czego się boję najbardziej (że mój koń nie będzie mnie lubił...) więc i temat bardzo mi bliski i do przemyśleń głębokich mnie skusił...
Jedna mi się refleksja nasunęła -- słowo klucz: słuchanie. Nie nagradzanie, nie karanie, tylko właśnie skupienie się na tym, żeby spytać: "nie? dlaczego?" zamiast "nie?.. a właśnie że tak!".
Czy Ty go, Dorotko, słuchasz? Bo mówisz, że on odpowiada na zasadzie "wiem, że jak nie zrobię, to ona mnie zmusi". Może tak... jest?
To tak jak z tym poczekaniem, aż przyjdzie. Jak koń nie przychodzi, to można go ganiać, aż przyjdzie (zmuszenie), a można... poczekać :)
Zrobiłaś to, i zareagował inaczej, może własnie o to chodzi, że posłuchałaś. Powiedział "nie chce przyjść do Ciebie". A Ty na to "OK. Nie mam Ci za złe. Poczekam."
Może to jakiś trop?... :]
Milenka,
faktycznie nie wzięłam pod uwagę, że pęta nie są "na sztywno". To znaczy nie znam się na nich, ale faktycznie, konie spętane kroczki sobie tup tup stawiają... Ale też wiadomo, jakby co, to nie ustąpią. Póki koń rozpracowuje je lewopółkulowo, to pewnie wszystko jest ok. Ale jakoś mi straszno, jak pomyślę o prawej półkuli. No ale to, jak rozumiem, kwestia stopniowego przygotowywania... (Bo metoda przez "wrzucenie na głęboką wodę" jakoś mnie nie kręci).
Dea, witamy w kółku ;-)
P.S. Ten blog zaczyna mi przypominać naszą ś.p. listę dyskusyjną... Ech... To były piękne czasy... Do forum się już jakoś przyzwyczaiłam, ale TO NIE TO. Więc niech żyje blog!
Dea, myślę, że masz rację. Nie słycham. Albo inaczej: ja nawet słucham, ale czasem to, co słyszę, tak mnie wkurza, że mówię "Czyś Ty zgłupiał? Tam nic nie ma / ja nie mam czasu na pierdoły / przestań robiłeś to dziesiątki razy / daj spokój, to juz nie jest ten etap, na którym możesz sobie pozwalać na takie rzeczy". Może trochę przesadzam z tą obcesowością, na zewnątrz nie wyglądam na typa bezwzględnie-wymagającego, raczej zebrałam dziś od Ola komentarz: "Ty go za ulgowo traktujesz, nie wymagasz od niego i on taki śnięto-olewczy", ale w glębi duszy cos takiego się własnie odzywa. Poza tym, to do Malgosi, ja sama jestem chyba typem chłodno-zdystansowanym, serdecznym w gadaniu i w duszy, ale nie nawiązującym z ludźmi raczej kontaktu fizycznego i powoli wdrażającym serdeczności - może on też, i do tego wyczuwa to we mnie, więc tacy sobie jesteśmy zdystansowani...
Do Klary: tak, ja mam wrażenie, ze jestem w fazie jakiejś przemiany "dwójkowej". Straciłam towarzyszącą mi dotychczas pewność siebie, ponownie jestem w punkcie "wiem, że nic nie wiem". Wróciłam do materiałów, do płyt, oglądam, czytam, szukam rozwiązań, czekam na kwiecień przytupując nogami ze zniecierpliwienia.
Ja tak naprawdę chyba boję się tego, że za chwilę dojdę do punktu, w którym - akceptując potrzebę słuchania konia - usłyszę bezwględne "nie mam na to ochoty". I co wtedy? "Spraw, by Twoje pomysły stały sie jego pomysłami". Ha, latwo powiedzieć. W kategoriach "ganiaj go tak długo i zadaj mu tyle pracy, żeby marzył o tym, żebyś na niego wsiadła" wiem, jak to zrobić. Wersję marchewkową dużo trudniej mi sobie wyobrazić.
Ciekawe, że z dziećmi nie mam specjalnie tego rodzaju problemów. Tylko, że cel wychowania dzieci jest inny. Celem wychowania dzieci jest umożliwienie im rozwoju ich potencjału do maksimum, wbudowanie w nich - czy może nie przeszkadzanie im w budowaniu - wiary we własne możliwości, kompetencje, decyzje, samodzielność i wreszcie zaszczepienie im pozytywnych wzorców kontaktów społecznych i wartości moralnych. Przy takim pojmowaniu celów marchewkowanie jest stosowane bardzo umiarkowanie, gdyż łatwo uzależnia od dawcy marchewek, odbierając samodzielność myślenia i działania. Tylko czy można mówić o samodzielnym, "zrealizowanym" koniu w interakcji z człowiekiem. Ja cały czas mam wrażenie, że każdy (prawie każdy?) koń, który ma do wyboru życie z kolegami vs jazda ze mną wybierze - jeśli nie ma w perspektywie: "i tak Cię do tego skłonię, więc po co tracić czas" - życie z kolegami. Stąd mój lęk przed tym, co mogłabym usłyszeć. Kiedy zaczynam się nad tym zastanawiać bardziej, to dochodzę do nieuchronnego wniosku, że czy bat, czy marchewka są tylko prośbą i groźbą, dzięki której koń wykonuje coś, na co generalnie nie ma ochoty. Tylko przy takim wniosku albo trzeba zaakceptować pewną nieuchronność narzucania naszej woli w tej zabawie, co prowadzi do wniosku "nie walczmy o uszy skierowane na nas z ciekawością i sympatią, bo to tylko maska pokrywająca prawdziwą naturę tych stosunków wymuszonych przez jedną ze stron", który albo trzeba zaakceptować albo trzeba przerzucić się na kolekcjonowanie znaczków czy coś takiego.
Mam jeszcze jeden pomysł bazujący na założeniu "ta sympatia i obupólna przyjemność płynąca z kontaktów są możliwe, tylko ty jeszcze jesteś za mało wiesz o koniach, żeby zrozumieć, jak to działa". Mój pomysł jest taki, żeby jak Lucky Luke w kierunku zachodzącego słońca przewędrować z moim koniem trzy tygodnie gdzieś po Polsce czy Ukrainie, póxnym latem. To byłyby trzy tygodnie tylko dla nas, bez innych koni, całe dnie razem, po lasach, polach, drogach, każdego dnia w innej stajni. Może taka dużą ilość czasu spędzonego z moim koniem pozwoliłaby mi dotrzec rzeczy dzis jeszcze niedostrzegalne?
"To byłyby trzy tygodnie tylko dla nas, bez innych koni, całe dnie razem, po lasach, polach, drogach, każdego dnia w innej stajni". Ale piękna wizja! Wierzę, że zrealizujesz.
Prześlij komentarz