Skończyłam oglądać SS L2. Nazywam to „pierwszym oglądaniem” – taki rzut oka w przyszłość, żeby wiedzieć, co mnie czeka. Drugim etapem będzie „oglądanie zadaniowe”, czyli ukierunowane na uczenie się i ćwiczenie kolejnych zadań.
Strasznie mi się ta nowa dwójka podoba, uważam, że jest po prostu fantastyczna. Podoba mi się zakres, czyli to, czego mogę oczekiwać po przejściu całego poziomu, podoba mi się, że jest tak dużo „czytania konia” – zarówno jego zachowań i emocji, jak i fizycznego wyglądu jako odzwierciedlenia charakteru. Bardzo zaostrzyła mój apetyt na program LHB (tylko żeby nie był taki drogi!!!)
Mam takie przyjemne uczucie „otwarcia”. To tak, jakbym jechała w lesie wąską scieżką, na której mieliśmy różne drobne przyjemnostki, zatrzymywaliśmy się tu i tam, fajnie było, ale cały czas byliśmy wpasowani w pewne ramy i niewiele poza nimi widzieliśmy. A teraz wyjechaliśmy na ogromną polanę i oddychamy pełną piersią! Może za jakiś czas polana zrobi się za ciasna, ale na razie jestem, gdzie chciałam być i dobrze mi tu.
Poza sprawami zupełnie nowymi, dotyczącymi zaawansowania 7 gier, znalazłam tam wiele odpowiedzi na pytania, które sobie zadawałam albo nie zadawałam, bo nie wiedziałam, że powinnam, gdyż pewne kwestie traktowałam jako naturalną kolej rzeczy.
Trochę zawiodłam się na jednym temacie, a mianowicie na segmencie o rozwiązywaniu problemów. Gdy studenci przedstawili listę swoich problemów i pojawiła się na niej higiena intymna, zatarłam radośnie ręce: no, nareszcie zobaczę, jak się myje końskie prącie. Ten temat nurtuje mnie od czasu, gdy dowiedziałam się, że W OGÓLE to należy robić. Dotarłam do różnych materiałów, poczytałam, pooglądałam zdjęcia, niby teorię znam, ale nadal nie wyobrażam sobie, jak mam wsadzać tam łapę! Nawet wystąpiłam z sugestią, że to jednak męska sprawa i może moi dwaj mężczyźni wezmą na siebie ten obowiązek, ale obaj mnie wyśmiali. Więc gdy zobaczyłam ten temat, wstąpiła we mnie nadzieja – nareszcie zobaczę, jak to się robi! I co? I nic - kicha! Linda pogłaskała cs-em w okolicach wiadomych i powiedziała, że jak mu będzie miło, „he will drop” (jak to jest po polsku?). A jak on już „dropnie”, to mycie nie jest żadną sztuką. Pewnie tak, tylko co będzie, jak nie „dropnie” – w artykułach, które czytałam, to „dropnięcie” wcale nie było takie pewne. Jeśli nie „dropnie” trzeba użyć własnej rączki, żeby dostać się do w/w męskiego organu. Więc wiem, że nadal nic nie wiem, ale chyba wiem, dlaczego tak podskórnie zawsze wolałam klacze – bo nie mają penisa, którego trzeba myć. Higiena intymna klaczy to pestka w porównaniu z higieną końskiego faceta. Nawet nie chcę myśleć, jak na takie manewry by zareagował ogier.
11 komentarzy:
"Drop" to wypusci:) chyba nie ma obawy, ze nie wypusci - gabka z ciepla woda, koliste ruchy i kazdy wypusci...
Ale na perwersyjny temat weszlysmy;)
Takie oglądanie całosciowe i wracanie do zadaniowego chyba jest zdecydowanie lepszą ideą niz oglądanie po kawałeczku. Chyba własnie skonczę oglądac 1 do konca, i wrocę do kolejnych zadań.
Co do mycia - kobyłki prostsze - ale jak pamiętam pierwsze mycie rudej jak kopała i jedno stało marchewką karmiło a drugie szybko myło, to się sama do siebie uśmiecham;]
Jakkolwiek z nowej dwójki co prawda trochę wartościowych sprawek wypadło (programy impulsu, przede wszystkim), to podoba mi się odejście od linearności nauki. Na jedynce to oczywiste, że trzeba iść krok po kroku po drabinie. Człowiek jeszcze nie wie do końca co robi, a ma być bezpiecznie i miło i progresywnie. Na dwójce już chyba można inaczej... W starej wersji łatwo było zatkać się na jednym zadaniu i niepotrzebnie utknąć w ogóle na danym etapie. Zamiast w jednych dziedzinach się wlec powoli, przez inne iść jak burza.
A a propos perwersyjnego tematu "wypuszczania"... Koń Teo kiedyś "wypuszczał" przy każdym siodłaniu. Potem mu to przeszło. A teraz robi to często przy klikerowaniu :-o Co jest zresztą dla mnie zagadką.
Mam Emitera dwa lata i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby mu umyć interesik... Brrr, to wydaje się dość obrzydliwe... Jakoś masowanie mu dziurki pod ogonem wręcz mnie rozczula, ale ten "wypuszczony" elemement... brrr...
Mycie interesiku też we mnie nie wywołuje entuzjazmu, ale chyba dotarło do mnie, że trzeba. Tylko czasami zastanawiam się, jak ten problem rozwiązuje matka natura u dzikich koni. Żeby to "brrr" łatwiej pokonać, zamierzam się zaopatrzyć w rękawiczki - ale nie w zwykłe, tylko takie długie do pachy. Dorota, jak chcesz, podeślę Ci kilka artykułów na ten temat - chyba naprawdę trzeba, straszne rzeczy mogą się w interesiku porobić. A z praktycznych wskazówek - jest taki specjalny płyn do interesików, Excalibur się nazywa (nazwa dowodzi, że zadanie nie jest łatwe, skoro pomoc Excalibura jest potrzebna).
Podeślij... Poszłam nawet przed chwilą mu pomasować kolistymi ruchami... Nie wypuścił i wyglądał na dość zdezorientowanego... Może następnym razem.
Boże, czym ja się w życiu zajmuję... Ludzie robią doktorat z prawa karnego, tłumaczą beletrystykę, budują osiedla mieszkaniowe, piszą muzykę na rocznicę śmierci Papieża, a ja próbuję skłonić konia do wypuszczenia członka... Albo zastanawiam się, jak z sukcesem pogłaskać go po nosie...
Moj ostatnio wypuscil na undemanding time...
Ale sa podobno dwie szkoly - falenicka i otwocka:) jedna mowi zeby koniecznie myc, bo swinstwa sie zalegaja, a druga, ze absolutnie nie bo zaburzamy naturalna rownowage. Od wetow tez slyszalam skrajne opinie. Co myslicie?
Ja myślę tak - nawet jeśli przyjmiemy, żeby nie myć, to i tak należy mu tam grzebać - nawet wymyśliłam nazwę "fg w interesiku" - żeby był przyzwyczajony, gdyby kiedyś była potrzebna wetowa interwencja w tym narządzie. A chyba jednak myć trzeba - przekonało mnie, że ujścia cewki moczowej może zostać zablokowane przez brud. Ale z drugiej strony dzikim koniom nikt tego nie robił. W związku z tym postanowiłam, że będę to robić raz w roku: latem, żeby woda szybko nie wystygła, skoro ma być temperaturze 41 stopni, żeby mu było miło.
Mój lekarz mówi, że nie myć. Myje się tylko ogerom do stanówki.
Mój Promyk czasem wypuszcza i jak bym baaardzo chciała to bym mogła mu umyć.......ale jakoś nie chcę :)))
Jestem w stanie zrozumieć, że są rózne szkoły myć - nie myć. Natomiast nie rozumiem opinii doktora Kasi: jednym myć, innym nie myć. Jeśli wet przyjmuje, że trzeba myć do stanówki, to znaczy, że uważa, że ogier może jakieś paskudztwo przenieść na klacz. A jeśli może przenieść na klacz, to znaczy, że je ma. A jeśli to, co ma, może zaszkodzić klaczy, to dlaczego jest nieszkodliwe dla niego?
Wysyłając Dorocie artykuły o myciu przejrzałam je jeszcze raz i doszłam do wniosku, że jednak mnie przekonują. Co prawda nie czytałam nic na temat, dlaczego nie myć, więc ta moja wiedza jest jednostronna. Natomiast gdzieś było napisane, że niemycie jest groźniejsze u wałachów niż ogierów i może nawet powodować guzy. Dla mnie to ma sens. W końcu wałach to w pewnym sensie "twór sztuczny", u którego pewne naturalne procesy zostały zaburzone.
Nie pamietam , jak doktorek to wtedy uzasadnił, ale bedę go w najbliższym czasie widział to się dopytam.
Prześlij komentarz