Szeregi współtwórców bloga się rozszerzają i bardzo mi miło, że zostałam do nich zaproszona.
Można powiedzieć, że moja przygoda z parelliozą na poważnie zaczyna się właśnie dziś, bo dziś miałyśmy z rudą pierwsze zabawy po obejrzeniu początku Savvy Systemu, a dzięki uprzejmości Klary jesteśmy też chwilowo zaopatrzone w carotta i linę. Do tej pory coś tam próbowałam tworzyć na podstawie artykułów z internetu, ale nic dobrego z tego nie wyszło. To co mi najbardziej pomogło dotychczas, to na pewno wizyty - moje odwiedziny u Klary i Pana Pleśniaka i zeszłotygodniowa wizyta dziewczyn u nas. Obejrzenia kogoś na żywo chyba nic nie zastąpi.
Zobaczymy jak mi i rudej nasza parellityczna współpraca wyjdzie...
Może na dobry początek podzielę się moimi dzisiejszymi naturalnymi przygodami.
Bardzo zadowolona, z samego rana przetransportowałam się z pożyczonym carottem i liną z Warszawy na podbiałostocką wieś. Ziąb tu u nas na północy straszny, a na dodatek wrócił ten paskudny wiatr. Ale nie można przecież ze względu na jakąś tam zimę niewykorzystać dnia, kiedy dla konia ma się tylko weekendy.
Wybrałam się więc w końcu, wzięłam w jedną rękę carrot, w drugą konia na linie i powędrowałyśmy na padoczek. Rude pooglądało sobie jeszcze bacik, w końcu widziało go wcześniej tylko raz, ale okazał się mało interesujący, bo nie bardzo dał się "pomemłać". Chciałam już zacząć jakieś friendly... ale zabrakło mi ze dwóch kompletów rąk. Bacik, którym w domu się tak ładnie machało, zaczął wykonywać jakieś dziwne ruchy, sznureczek przestał latać tam, gdzie powinien, a tu jeszcze przydałoby się nie zabić o linę, na końcu której nie wiadomo po co plątał się jakiś koń. Trochę mi zjęło opanowanie tego wszystkiego na tyle, żeby przestać wyrządzać szkody w koniach i ludziach.
Dalsza "praca" mineła najpierw pod kątem oderwania rudej od pasienia się na śniegu, a potem od prób przekonania, że jednak nic jej dziś jeszcze nie zje, a jak już, to raczej nie będą to choinki. Czyli atmosfera jakaś rozlatana i pełna niepokoju. Zastanawiam się ile w tym było prawdziwej niepewności (bo wiatru to nigdy nie lubiłyśmy), a ile zapełniania sobie przez konicę czasu, skoro już nie mogła się popasać. Friendly było w tym momencie ignorowane, bo są ciekawsze rzeczy dookoła. Jeż był tak samo flustrujący, jak bezsensowny, jeżeli spotykał się z podejście "co ty mnie tu pukasz, mam inne rzeczy na głowie". Jednym słowem - dopóki nie stanę się dla Majki na tyle interesująca, żeby stwierdziła, że warto sprawdzić czego to ja tam od niej chcę, nasza współpraca będzie pewnie wyglądała tak, a nie inaczej. Dzisiejsze próby wielkich efektów nie przyniosły, ale też zakończyły się dosyć szybko, bo pomyślałam, że palce mogą się jeszcze przydać i nie ma co ich tak od razu sobie odmrażać. Jako kończenie pozytywnym akcentem zrobiłyśmy cofanie od jeża na nosie, który jakoś ładnie nam najczęściej wychodzi.
Ogólnie (może wbrew pozorom) nie było jak na nas jakoś najgorzej. Kilka różnych eksperymentów co tu można zrobić, żeby zasłużyć na zainteresowanie rudej. Sporo friendly - brak koordynacji ruchowej bywa przydatny, bo wlokąca się za koniem lina to wcale nie taka oczywista sprawa. Parę malutkich sukcesów w jeżu. No i dużo żucia z mojej strony, czego by tu jeszcze spróbowć.
I tak to, niewiadomo kiedy, minęła ponad godzina. Co biorąc pod uwagę temperaturę i moje skłonności do zamarzania, uważam za czas prwdziwie heroiczny. W domu przy piecu, na spokojnie można się od nowa zacząć zastanawiać i analizować, szukać błędów i ich rozwiązań. Bo co mi może zaoferować mój koń miałam okazję widzieć. Dobrze, że nam się z rudą nigdzie nie spieszy.
Relacja ku pokrzepieniu tym, którym dzisiaj coś nie wyszło :)
4 komentarze:
Może nic się nie udało, ale ja ubawiłam się setnie czytając Twoją relację. Masz bardzo lekkie pióro, co zresztą było widać już po wypowiedziach na forum :) Nie wiem, czym sie zajmujesz / będziesz zajmować zawodowo, ale rozważ jakąś drogę zarabiania na życie pisaniem :)
Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało!
Ale teoretycznie ze mnie typowy umysł ścisły - po klasie matematycznej itp., a jedyne co kiedykolwiek pisałam to wypracowania na polski. Nie ukrywam, że pisanie sprawia mi często przyjemność, jeżeli akurat mam nastrój. I czasami nie mogę się powstrzymać i zamiast krótkich odpowiedzi tworzę jakieś poematy.
Przy tym moją zmorą jest ortografia - jak widzę niektóre moje błędy to chce się pod ziemię zapaść. Ale bardzo się staram jakoś to kontrolować.
A co do naszych z rudą zabaw, to dziś było już lepiej. Konica w miarę patrzyła co tam do niej mówię i po dwa ładne kroczki w różne strony na fazę 1 lub 2 kilka razy dostałam :)
Pioro rzeczywiscie lekkie. Pisz, pisz:)
Ale co do zarabiania na zycie pisaniem, to dopoki jest to dla przyjemnosci, to pisze sie latwo, kiedy staje sie to obowiazkiem, pioro w rece ciezeje a atrament zasycha w pol slowa...nie mam troszke racji Dot?
Z przyjemnoscią przeczytalam, nie zamarznąc teraz u nas to faktycznie wyzwanie.
Cieszę się z waszyc małych kroków do przodu. Fajnie ze się udaje!!!
Prześlij komentarz