15 lut 2007

I więcej liberty, i oklep

Jak ktoś chce przedobrzyć, to dostaje po nosie zazwyczaj :) Wczoraj znów poszłam do Czarnego na padok z myślą o udoskonalaniu liberty. Było więcej buntowania się, mniej takiego łagodnego ustępowania od wywieranego przeze mnie nacisku. Bo zaczęło mi zależeć. Trochę podziałałam, uzyskałam jakieś dobre odpowiedzi i odpuściłam. Dziś popędziłam rano do Czarnego z myślą o jeździe na oklep i już w drodze na padok jakoś mi się odwidziało, pomyślałam nienatrętnie, raczej z ciekawością, co będzie, jak spróbujemy liberty na hektarowym pastwisku, czyli de facto bez ograniczeń. Przeprowadziłam go z padoku na pastwisko, puściłam i poszłam sobie na pięć minut. Czarny zanurkował w poszukiwaniu jakiś wymęczonych kępek trawy, ale po chwili rozejrzał się niepewnie, nie rozumiejąc za bardzo, co właściwie ma dziać się dalej. Kiedy więc przyszłam i zaczęłam machać w kierunku jego zadu ss i cs dość chętnie obrócił się, przyjrzał i pomaszerował w moim kierunku. Na próbę podniosłam energię i "zakłusowałam" do tyłu, a Czarny zakłusował razem ze mną. Oooo... Zrobiło mi się przyjemnie. Cofanie na jeża i driving bardzo ładnie. Jak próbował odejść, to szybkie "odstaw zad" obracało go od razu w moją stronę. Trzy czy cztery razy odbiegł ode mnie, raz nawet z wykopami z zadnich nóg i brykaniem, raz musiałam się nieźle nalatać za nim, ale w miarę trwania sesji coraz szyciej podchodził na moje "wołanie" cs i ss, coraz mniej się buntował i coraz silniej był do mnie przyklejony. No jeszcze nie Honza :), ale zaczęłam czuć, że to może być pewnego dnia możliwe, że to nie żadne triki i sztuczki :) (mówię o filmie z L2 bodajże, kiedy Honza macha cs i ss, a Gaston odrywa się od stada i przybiega galopem z 300 metrów) Kłusowaliśmy w przód ramię w ramię, równocześnie zatrzymywaliśmy się i cofaliśmy, było nieco jeża na przodzie i tyle, na nosie, na piersi, opuszczanie głowy naciskiem na potylicę, było jojo. Podeszłam też do circling z bardzo dobrym efektem. Kiedy czułam, że jest czujny i przyklejony, odesłałam go bardzo delikatnie na bliskie koło, jakby "poprowadziłam" ręką trzymającą w powietrzu nieistniejącą linę prowadzącą do jego nosa i przywołałam go po 1/3 koła równocześnie odstawiając zad. Efekt rewelacyjny, ładnie podążył za moimi wskazówkami, w tym temacie nie chciałam już od niego nic więcej, wygłaskałam i poszłam sobie.

Założyłam mu jeszcze pad i 20 minut poćwiczyłam z góry. Kłusowanie na pasażera, starałam się nie zgłaszać obiekcji co do tempa. Koncentracja na pracy własnego ciała, kolejności stawiania nóg przez Czarnego, eksperymentowanie z różną pozycją łydek i miednicy, szukanie najlepszych metod wysiadywania kłusa. Powiem szczerze, że ja tych nóg nie czuję... Czuję przednie nogi, bo jednak udami, kolanami kołyszę się analogicznie do jego przednich nóg. Tylnych, kurde mol, nie czuję. Zaczęłam za to lepiej czuć jego kręgosłup, czy raczej łuk, w jaki wygina się naprzemiennie wraz z kolejnymi taktami kłusa. Jak kłusuje tak miękko i łagodnie, to dobrze czuję, jak z tym zaczynają grać moje pośladki i elastycznie wyginająca się miednica, i że ten ruch, który wykonuję czy powinnam wykonywać, żeby się z nim zgrać, nie jest symetryczny, tylko raz na lewo, raz na prawo. Robienie kółeczek stopami, pedałowanie kolanami, takie różne rzeczy sobie dla rozluźnienia ćwiczyłam. Prostowanie się, nie garbienie. Raz się spłoszył i krótko poniósł, ale na szczęście jakoś nim się pozbierałam, to cwał się skończył, a ja zabrałam się jakoś intuicyjnie i, nie ma co tu kryć, łapiąc się za szyję :) Podeszliśmy jeszcze do chodów bocznych z góry, ale na razie to katastrofa. Odkładam to jakoś na inne czasy, choć dawno powinnam mieć to za sobą, i nie ma się co oszukiwać, Czarny i ja tego po prostu nie robimy. Trzeba będzie podejść wreszcie do tego tematu. Na pocieszenie wprowadziłam nową metodę schodzenia - zsuwaniem się po zadzie i zeskakiwaniem za końskim ogonem. Strefę piątą oswoiliśmy jakiś czas temu z przebywającym za nią człowiekiem (nie mówiąc o tym, że musiał się z nia oswoić ten człowiek, czyli ja) i takie mamy teraz urozmaicenie.

Mam wrażenie, że dopiero teraz zaczynam stawać się interesującym przywódcą. Zaczynam wprowadzać jakieś urozmaicenia, stawiać wyzwania, wchodzić na pewne tereny z ciekawością, jak będzie, i gotowością poradzenia sobie z ewentualnymi problemami. Mam wrażenie, że przestaję być nudna dla siebie i konia, zaczynam darzyć go nieco większym zaufaniem... Przestałam się tak bać. Konia. O siebie. Wczoraj na przykład wyprowadziłam go na krótki oklep, po południu, a po jeździe zostawiłam na pastwisku i zabrałam się za sprzątanie stajni, zostawiając otwarte drzwi między stajnią i pastwiskiem. Jeździłam sobie z taczką i mimochodem zastanawiałam się, czy sam przyjdzie. Poszłam na chwilę do domu, coś tam robiłam, wyszłam i zastałam konia czekającego spokojnie w korytarzu, aż otworzę mu drzwi do boksu połączonego z padokiem. Kiedyś bałabym się, że gdzieś wlezie, zrani się, spłoszy, wszystko rozwali i siebie przy okazji, tam stoi dużo pojemników z owsem, karmą dla psów, jakieś wiadra, widły. Teraz już znam go lepiej, ufam mu bardziej. Miło jest patrzeć na konia, który coś zrozumiał i przez swoje działania prowadzi z nami jakiś dialog. Miło jest znaleźć w sobie tą odwagę, by dać mu szansę - jak dziecku wleźć po drabinie, wierząc, że da sobie radę i wie, co robi, a nie histerycznie go od niej odciągając.

4 komentarze:

Klara od Teo pisze...

>> mówię o filmie z L2 bodajże, kiedy Honza macha cs i ss, a Gaston odrywa się od stada i przybiega galopem z 300 metrów

To była płytka o Catching Game. Sam początek. Scena rzeczywiście nie do zapomnienia...

>> Czuję przednie nogi, bo jednak udami, kolanami kołyszę się analogicznie do jego przednich nóg. Tylnych, kurde mol, nie czuję.

Ciekawie jest pojeździć w nocy, zwłaszcza po różnym podłożu. Ja czasem w nocnych terenach miałam takie wrażenie, jakbym miała nerwy sięgające do końskich kopyt. To nie było nijak rozumowe, ale wiedziałam, gdzie kopyta są. A nawet po czym idą. Nie mam niestety tego odczucia na stałe. Ale może kiedyś? :-)

>> Kiedyś bałabym się, że gdzieś wlezie, zrani się, spłoszy, wszystko rozwali i siebie przy okazji, tam stoi dużo pojemników z owsem, karmą dla psów, jakieś wiadra, widły.

Są tematy, w których nie powinno się tracić czujności IMO. Wypadki mają to do siebie, że zdarzają się szybko i niespodziewanie.

I last but not least naprawdę fajne to Wasze wolnościowanie :-)

Ania + Truskawka&Duszek pisze...

Dzieki Klara za wyjaśnienie. Ja właśnie skończyłam "pierwsze oglądanie" L2 (cel - ogarnąć całość) i ponieważ żadnego Honzy tam nie było, przestraszyłam się, że przysłali mi jakąś wybrakowaną wersję.

Dorota, jestem pod wrażeniem Waszych postępów. Cieszę się razem z Tobą, ale przez te Wasze wyczyny coraz gorzej znoszę oczekiwanie na przyjazd Duszka. Muszę nauczyć się, jak robi się takie coś, co odlicza dni, może będzie mi łatwiej.

Dot pisze...

Co do wypadków: wiem. Coś tam ryzykuję. Ale w sumie jadąc samotnie w teren coś tam ryzykujemy. Wpuszczając dwa nowe konie na wspólny padok coś ryzykujemy. A wypadek zdarza się najczęściej w okolicznościach kompletnie idiotycznych typu poślizgnięcie się na mokrym padoku, zapodziany na pastwisku kawałek siatki, ktory porani pęcinę (to Emiter), spadnięcie z konia na round penie i złamanie żebra na ogrodzeniu tegoż (to Olo na Emiterze na oklep), spłoszenie konia na lonży na hali i upadek jeźdzca na miękki piach (to ja, efektem złamanie nadgarstka). Ten korytarz nie jest kompletnie zawalony, nie typu "garaż majsterkowicza", po prostu trochę przedmiotów - coś ryzykuję, ale nie bardzo dużo. A myslę, że warto - jak z dzieckiem, które kiedyś wreszcie musi samo wejść po drabinie, choć rodzicowi serce drży - inaczej wyrośnie na niedołęgę.

CO do postępów: ja piszę prawie o samych pozytywach, o tych momentach, kiedy on jest już "ze mną", a ja z nim :) Ale tam jest też sporo biegania z machaniem kijkiem za koniem, który idzie sobie jakby nigdy nic przed siebie, i wykopy są czasem, i obijanie się na grzbiecie przy przyspieszeniach, i jakieś kompletnie nieskoordynowane manewry przy próbie wprowadzenia chodów bocznych z siodła. Ja chyba mam taką naturę, że widzę te pozytywy, to, co nam wychodzi, ale cały czas jest długa lista rzeczy, które idą kiepsko albo wcale, choć się do nich kiedyś tam już zabierałam, typu prowadzenie za przednią nogę albo ładny zwrot na zadzie albo na przodzie z siodła, bez odmaszerowywania przód-tył - rzeczy w sumie z wcześniejszych partii programu. Staram się jednak iść tam, gdzie nam idzie dobrze, bo czasem okazuje się, że to, co nie szło, naprawia się samo, o czym zresztą na liście wielokrotnie już pisano. Także ja idę po linii najmniejszego oporu, tak dosłownie, choć zawsze w przód.

Anonimowy pisze...

Ten moment z Catching Game jest naprawdę niesamowity, i myslę ze kazdy w srodeczku marzy by do takiego porozumienia dotrzeć z koniem...
Ja tez jestem z tych "przeczulonych" z nadmiarem wyobrazni. Czasem niestety to jak brzemię
Dobrze poczytac ze procz tego co super jest tez druga strona medalu;]