Jakoś nie mam serca ćwiczyć Czarnego w jakikolwiek sposób. Niech się jeszcze trochę poreperuje, przestanie oszczędzać nogę, wtedy może poproszę go o jakąś współpracę. Na razie więc karmię, smaruję, głaszczę i robię czasem delikatne ruchy zapraszające do działań, ale nie zmuszające do niczego, bez sprzętu. Widzę, że widzi. I decyduje się nie odpowiadać. Rozumiem mechanizm - wie i czuje, że nie będę zwiększać presji i proszę tylko troszkę; - nie mam nic ciekawego i nie jestem niczym ciekawym. Zaczęłam sie zastawiać intensywniej niż kiedykolwiek, jak pobudzic jego ciekawość i chęć współpracy, by zdecydował się zaangażować z własnej, nieprzymuszonej zupełnie. Psa nie trzeba zachęcać, żeby biegł za uciekającym człowiekiem. Ma to w genach. Mam teraz porównanie, bo w sobotę robiliśmy testy zachowania i popędów sześciotygodniowych szczeniaków. Wszystkie bez wyjątku biegały za Olem jak przyklejone i przy nim szukały bezpieczeństwa, choć nie było go przez ostatnie trzy tygodnie i nie spędza wcale z nimi wiele czasu. Gdzie są te guziki w naszych koniach, których naciśnięcie mogłoby uruchomić reakcję "robię, bo chcę", a nie tylko "robię, bo jak nie, to będzie mniej miło"?
Jasne, jest jedzenie. Mogę sobie wyobrazić urabianie go poprzez podawanie mu owsa w odległości np. 400 m od pastwiska, w lesie. Po jakimś czasie powinien energicznie stępowac w moim kierunku w nadziei, ze zabiorę go na smakołyki do lasu, i myśl o nich powinna go przyklejać do mnie, zwiększając chęć wykonania zadań (zrobię i dostanę) ponadto powinien bardziej chętnie wychodzić poza teren stajni/pastwisk/padoków. Ale nie znoszę tak naprawdę tego sprzedawania się za jedzenie. Nie lubię tego nawet w wersji dziecięcej, kiedy Jasiek nagle godzi sie bez oporów z tym, że idę do pracy, bo obiecałam, że przywiozę mu rogalik. Ja wiem - leadership. Ale to nie do końca tak. Nie wymagamy od koni tego, czego wymagają inne konie. I przywódźtwo wcale nie jest takie proste w końskim świecie. Nie mówiąc o ludzkim.
W naszym trójkonnym stadzie stosunki wyglądają tak: Siwy rządzi, Eman za nim, Emiter na szarym końcu. Tak to wygląda przy jedzeniu na przykład i w ogóle przy jakichkolwiek sporach o zasoby. Ale: jeśli zabiorę Siwego z pastwiska, to reszta wcale nie pójdzie za nim. Jeśli zabiorę Emana - to samo. Jeśli zabiorę Emitera, Eman i Siwy pójdą za nim. Jeśli Siwy jest w szczególnie zaborczym nastroju, nie wpuści do stajni ani Emana, ani Emitera, ale jak robi się mniej zaborczy, to wcześniej wpuści Emitera niż Emana. Mogę sobie wyobrazić, że chodzi o to, że ten jest tak nisko w hierarchii, ze i tak nie może mu zagrozić, ale nie jestem pewna tej oceny. Kiedy Siwy wraca na pastwisko z jazdy, Eman i Emiter przychodzą sie przywitać. Przywitanie trwa chwilę, tyle, ile dotknięcie nosami i jeden oddech, po czym wszyscy rozchodzą się do swoich zajęć, nie przylepiają się na dłużej. Kiedy Siwy proponuje zabawę (na przykład zaczyna okrążać Emana i Emitera, robić nagłe zwroty, spychać ich z zajmowanych pozycji), chłopcy nie podejmują zaproszenia. Bawią się - wspinają na tylnych nogach i przepychają nosami i szyjami, rzucają w gwałtowne susy i wierzgi - we dwóch, Eman i Emiter. Sądzę, że ma znaczenie to, że Siwy dobił do nich później, dopiero wiosną tego roku, ale czy tylko?
Wymagamy czegoś więcej niż one od siebie. Przyklejenia na godzinę albo dwie. Nie kwestionowania. Tymczasem Emiter kwestionuje cały czas, co widać po ilości ugryzień na jego szyi i bokach. Cały czas, od miesięcy. Nie obraża się, nie boi, nie uczy raz na zawsze, choć Siwy potrafi być bardzo apodyktyczny - po prostu zachowuje się czasem tak, jakby nie przyjął istniejącego stanu rzeczy do wiadomości. Wymagamy więcej. Jak więc znaleźć ten guzik, który uruchomi "więcej" po ich stronie, bez wiszącej groźby?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz